Z wszystkich pomysłów na celebrowanie 20. urodzin polskiej wolności najbardziej podoba mi się happening Pawła Althamera "Wspólna sprawa". Ubrani w złociste kostiumy przyjaciele Althamera pofrunęli 4 czerwca do Brukseli, w ramach polskiej wyprawy do obcej cywilizacji.
Artysta wydaje się trafiać w sedno tego, co konkretnie wydarzyło się 4 czerwca 1989 roku. Moje odczucia są bardzo podobne. 4 czerwca grubym markerem wyrżnąłem wszystkich poza kandydatami Komitetu Obywatelskiego "Solidarność".
Sam marker był przywieziony z Zachodu i dlatego zadziałał.
W roku 1989 miałem 20 lat i parokrotnie już dane mi było odbyć podróż do Europy Zachodniej. Czułem się tam dokładnie tak jak bohater powieści Stanisława Lema "Powrót z gwiazd" - spacerowałem zagubiony i zdezorientowany wśród umilających życie urządzeń, których działanie wciąż mnie zaskakiwało i wpędzało w krępujące sytuacje.
Dziś w byle wiejskim sklepiku instaluje się fotokomórkę otwierającą drzwi wejściowe. W Polsce Ludowej pierwsze takie fotokomórki zainstalowano w roku 1975 na Dworcu Centralnym w Warszawie. Jako dziecko chyba kilkaset razy po otwarciu dworca wszedłem i wyszedłem drzwiami w głównej hali, zachwycony magicznym działaniem fotokomórek.
Oczywiście, zaraz potem wysiadły i nie naprawiono ich aż do odzyskania wolności, bo komunizm generalnie kiepsko sobie radził z produkowaniem części zamiennych do czegokolwiek.
W roku 1989 przepaść cywilizacyjna między nami a Zachodem była już taka, jakby chodziło o dwie różne planety. Kiedy patrzyłem na mieszkańców planety Zachód, jak płacą w sklepie, podając mały kawałek plastiku (a w tych rzadkich chwilach, gdy potrzebują gotówki - wkładają go do dziwnej maszyny wypluwającej banknoty), nie zdziwiłoby mnie, gdyby potem się teleportowali albo dezintegrowali molekularnie. To było dla mnie czyste science fiction.
Kiedy im się chciało pić, podchodzili do innej maszyny, która wydawała im puszkę coli. PUSZKĘ COLI! O tym, że mieszkańcy tej planety piją napoje z puszek, teoretycznie wiedziałem - przedstawiciele mojego pokolenia od dawna śledzili to, co się dzieje w obcej cywilizacji, wysyłając im zakodowane wiadomości treści "DEAR SIRS I AM VERY INTERESTED IN YOUR PRODUCTS PLEASE SEND ME YOUR PROSPECTS AND LABELS".
Dostawaliśmy nieziemsko pachnące katalogi i nalepki reklamujące napoje w ogóle na naszej planecie nie występujące, jak Sprite czy 7UP. Na naszej planecie wprawdzie znaliśmy colę i pepsi, ale zakup nie polegał na wrzuceniu monety do automatu. Polegał na otrzymaniu od znajomego cynku, że "rzucili pepsi w megasamie na Piaskach", i jechaniu tramwajem z pobrzękującymi siatami na zakupy.
Scholastyczne dyskusje o tym, czy 4 czerwca wywalczyliśmy prawdziwą wolność, czy też może wszystko było dziełem przebiegłego spisku już dawno zdemaskowanego przez profesor Staniszkis, mało mnie interesują. Jedno bowiem nie ulega dla mnie wątpliwości: 4 czerwca przenieśliśmy się do innej cywilizacji.
Jasne, na tej planecie - tak jak na każdej - są sytuowani lepiej i gorzej. Na planecie Szadoków też przecież są uprzywilejowane Szadoki górne, mieszkające na górnej półkuli, i poszkodowane Szadoki dolne, które muszą się cały czas czegoś trzymać, żeby nie spaść w kosmiczne czeluście.
Tak jak Szadoki wszyscy możemy dostać taki magiczny kawałek plastiku, ale różne będą kolory i różne będą ich nabywcze możliwości. No trudno. I tak jednak cieszę się z tego, że żyję na tej planecie, i nie mam sentymentu do cywilizacji, która nie umiała wyprodukować nawet papieru toaletowego. I nawet jeśli to nie była prawdziwa wolność, tylko spisek
CIA, KGB, Mossadu i Iluminatów, to ja i tak cieszę się z tej przeprowadzki.
Panie Althamer, pan tam lecisz także i w moim imieniu. Przywieź pan trochę prospektów i nalepek, nadal mnie bardzo interesują ich produkty.