Każda epoka ma swojego Terminatora. W roku 1984, w kolejnej odsłonie zimnej wojny, mieliśmy złego Terminatora zabójcę. W roku 1991, tuż po upadku muru berlińskiego, mieliśmy Terminatora nieoczekiwanego sojusznika ludzkości. W 2003 Terminatora komedianta. Dziś na ekrany wchodzi film, w którym niczego nie da się tak prosto podsumować...
1994. Terminator 1 z VHS Pierwszy "Terminator" razem z "Rambo", "Poszukiwaczami zaginionej Arki" przynosił nową definicję kina rozrywkowego. Prostą: miało być dużo efektów specjalnych, dużo trupów, liczne strzały, wybuchy, walące się budynki. Plus szybki montaż. Wcale nie z czysto artystycznych powodów. Dopiero w połowie lat 90., wraz z "Parkiem jurajskim" Spielberga, kinowe efekty specjalne uzyskały taki poziom, że filmowcy mogli pokazać absolutnie wszystko. Nawet to, na co nie pozwalają prawa fizyki - nie mówiąc o prawie karnym.
Efekty specjalne z lat 80., które kiedyś robiły na nas ogromne wrażenie, dzisiaj trącą amatorszczyzną. Filmowcy często nie byli w stanie pokazać tego, co im podpowiadała wyobraźnia. Dlatego poprzez szybki montaż w stylu teledysków starali się wyprowadzić widza w pole. Seria zbliżeń na jeden płonący budynek musiała wystarczyć zamiast wizji płonącego miasta.
James Cameron, reżyser pierwszego "Terminatora", był królem efektów specjalnych lat 80. Z wykształcenia fizyk dobrze wiedział, jak wysadzić w powietrze cały budynek, nikomu nie robiąc krzywdy. To sam Cameron detonował kolejne ładunki w słynnej finałowej scenie głośnej "Ucieczki z Nowego Jorku" rozgrywającej się na moście Queensboro. Ale tego było mu mało. Uznał, że skoro współczesne kino to przede wszystkim efekty - właściwie czemu sam nie miałby zająć się robieniem filmów?
Jego reżyserskim debiutem był właśnie "Terminator", który w Polsce wszedł na ekrany pod tytułem "Elektroniczny morderca". Jako "Terminatora" znaliśmy go z pirackich kaset VHS.
Film zaczyna się od obrazu Los Angeles w roku 2027. Dowiadujemy się, że trwa wojna ludzi z inteligentnymi maszynami. Widzimy bojowego robota miażdżącego gąsienicami stos ludzkich czaszek. Akcja natychmiast jednak przenosi się do współczesnego Los Angeles - ówczesne efekty specjalne nie pozwalały na pokazanie czegoś więcej z dystopijnej przyszłości.
Oto w Los Angeles z 1984 roku pojawia się cyborg z przyszłości, Terminator (dosłownie "wykańczacz"), model T-800. Jest nagi i nieuzbrojony. Najpierw zaczepia grupę nastolatków i martwym głosem żąda: "Wasze ciuchy, potrzebuję ich", po czym z kamienną twarzą bierze to, czego mu potrzeba. Potem w sklepie z bronią zamawia stosy sprzętu, a na słowa sprzedawcy: "To mój szczęśliwy dzień", odpowiada: "Mylisz się". I bez emocji zabija go tym, co właśnie od niego "kupił".
Efektów specjalnych w tych scenach nie ma właściwie żadnych. Pojawiają się dopiero w scenie ataku cyborga na komisariat, w którym uwięzieni są niejaka Sara Connor i Kyle Reese. Sara Connor jeszcze o tym nie wie, ale urodzi syna, Johna Connora, przyszłego przywódcę ludzkiego ruchu oporu przeciwko maszynom.
Po to, by zapobiec tym narodzinom, Skynet, sztuczna inteligencja kierująca maszynami, wysłała w przeszłość Terminatora. Zabijając matkę, ma wyeliminować również syna.
Tymczasem już wcześniej sam John Connor wysłał do roku 1984 Kyle'a Reese'a, który ma zapobiec zabójstwu - oraz dokonać poczęcia, bo Reese okazuje się ojcem Connora.
Nieprzypadkowo ludzką cywilizację roku 1984 w pierwszym "Terminatorze" reprezentuje policja Los Angeles, a nie amerykańska armia. W tamtym czasie nawet wybitny specjalista od efektów specjalnych nie mógł realistycznie pokazać pojedynku z czołgami czy helikopterami. Mógł za to od biedy strzelaninę na komisariacie.
A sama fabuła? Z dzisiejszej perspektywy wydaje się wręcz infantylna. Co to znaczy, że John Connor jest "przywódcą ruchu oporu"? Przecież dziś wiemy, że nie ma niekwestionowanych przywódców, zwłaszcza w ruchach oporu. Gdyby scenariusz powstawał dziś, w antycyborgowej partyzantce istniałaby jakaś frakcja antyconnorowska. Być może oskarżająca Connora o to, że jest Tajnym Współpracownikiem Skynetu!
Jednak w 1984 roku kształt kina fantastycznego wyznaczały jeszcze nastroje zimnej wojny. Widzowie byli przyzwyczajeni do tego, że wojny rozgrywają się między dwiema jasno określonymi stronami: dobrzy alianci kontra szatańscy naziści; demokratyczny Zachód kontra komunistyczni szpiedzy i głowice nuklearne. Podobnie fantastyka przedstawiała wojny z kosmitami czy robotami.
1991. Terminator 2, czyli nieoczekiwany sojusznik To wszystko zmienia się już w drugim "Terminatorze". Wszedł na ekrany wkrótce po zakończeniu zimnej wojny, kiedy Zachód nagle się poszerzył. I właśnie się gotował do operacji "Pustynna burza", która miała być triumfem nowoczesnej techniki wojskowej nad prymitywną armią Saddama.
W tej wojnie dawni wrogowie Zachodu - jak choćby Rosjanie czy Polacy - mieli się okazać nowymi sojusznikami. Wciąż jednak wydawało się oczywiste, kto na świecie jest "dobry", a kto "zły". Różnica polegała na tym, że nagle przybyło tych dobrych.
Na stronę dobra przeszedł też Terminator.
Arnold Schwarzenegger wciąż gra robota, ale jest teraz sojusznikiem ludzi, bo John Connor przeprogramował cybernetyczny mózg jednej z wrogich maszyn i wysłał ją w przeszłość. Wysłanie człowieka byłoby bezcelowe. By zabić Connora w dzieciństwie, Skynet wysłał tym razem znacznie nowocześniejszy model cyborga: T-1000, który może przyjmować dowolne kształty.