http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Oto ja '89

zebrała Monika Redzisz
2009-06-04, ostatnia aktualizacja 2009-06-03 13:55

15-letni Sławomir Hein trzyna na rękach swojego kolegę Arka
15-letni Sławomir Hein trzyna na rękach swojego kolegę Arka
Fot. archiwum rodzinne

"Droga redakcjo, oto moje zdjęcie z 1989 roku, miałem na nim wszystkie włosy i nie miałem pieniędzy". Czytelnik

Paweł
Fot. Archiwum rodzinne
Paweł "Konjo" Konnak (w okularach) i Cicciolina

1989: Strach, że ktoś urządzi Katyń 2. 2009: To jest przykre - myśleć, myśleć

Paweł "Konjo" Konnak: Na zdjęciu z 1989 roku mam 23 lata i jestem z moją koleżanką Ciccioliną. My, Totart - kolektyw poetów, pisarzy, malarzy, muzyków - zostaliśmy zaproszeni do Budapesztu na kongres światowej Partii Radykalnej. Grupuje i noblistów, i artystów. Plus transseksualiści, geje, pacyfiści. Kongres pierwszy raz zorganizowano poza cywilizacją, a więc na Węgrzech. "Symboliczne zniesienie żelaznej kurtyny" - mówiono. Trzeciego dnia obrad wybitna przedstawicielka Partii Radykalnej Cicciolina żegnała pierwszy kontyngent wojsk radzieckich opuszczających Węgry. Jechała tym swoim różowym kabrioletem wzdłuż pociągu, z cyckami na wierzchu, rzucała w nich pluszowymi misiami i krzyczała, że ich kocha, że z każdym się umówi, że woli się puknąć z całą armia radziecką, niż gdyby oni mieli zrobić drugi rok 56. A oni takim bydlęcym eszelonem odjeżdżali do mateczki Rossii.

W 1989 roku, nawet jeszcze po wyborach, wszyscy mieliśmy stracha, że zaraz wyjdzie jakiś oddział NKWD i urządzi Katyń 2.

Działałem w undergroundzie kulturalnym jako aktywista ruchu punk. W '85 zorganizowałem pierwszy w dziejach Uniwersytetu Gdańskiego niezależny koncert punkrockowy. Studiowałem wtedy filologię polską, na uniwersytecie panował marazm, żałość, było nas ledwie paru na tę zidiociałą masę studencką. Tylu kretynów naraz nigdy potem w życiu nie widziałem.

Nie mogłem znieść tego, co się w Polsce dzieje, i wyemigrowałem do Niemiec. W obozie dla uchodźców w ciągu trzech godzin dostałem więcej pieniędzy niż przez całe życie. Ale szybko poczułem, że jeśli za te pieniądze nie mogę wydrukować bibuły Totartu, bo nie ma mnie w Polsce, to nie ma to sensu. Zrozumiałem, że tylko to daje mi radość. Tylko sztuka jest obszarem wolnej kreatywności i daje mi poczucie sensu w tym bagnie. Wróciłem, ogarnął mnie totalny radosny nihilizm. Byłem przygotowany, że całe życie spędzę w syfie. Działałem, bo mi to sprawiało radość. Działałem, bo rzeczywistość wokół była rzeczywistością tragiczną i wielu moich kolegów, którzy nie działali, powiesiło się albo zapiło się na śmierć, albo wyemigrowało.

Mimo że po 1989 roku miałem już swój program telewizyjny i występowałem jako konferansjer na festiwalach, to prawie nie dostawałem za to pieniędzy. Ale ja byłem zachwycony, że w ogóle mogę to robić. Potwornie się cieszyłem, że mogę to robić za darmo, że nie przyjdzie na mój koncert ZOMO. Dobrze pamiętałem, jak wyglądało święto wiosny w 1988: 20 zomowców biegło po plaży za dwoma chłopcami, którzy trzymali marzannę, jeden z nich leżał potem pół roku w szpitalu. Prowadziłem pierwsze rockowe programy muzyczne w telewizji, imprezy dla największych światowych koncernów, koncerty Big Cyc i Lady Pank.

Teraz, jak widzę napisy tych popierdolonych alterglobalistów, to myślę, że te dzieciaki są nakręcone strasznie utopijnie. Chodzą w koszulkach z Che Guevarą, który zakładał obozy koncentracyjne, albo z Mao Tse-tungiem, który wymordował ileś milionów ludzi. Buntują się przeciw supermarketom, telefonom komórkowym, 600 kanałom w telewizji. To, o co my walczyliśmy, dla nich jest opresją. Trzeba powiedzieć, że są po prostu rozpieszczeni. Za dobrze im, po prostu nie dostali od nikogo wpierdol. Narzekanie jest wygodne, praca jest niewygodna, refleksja jest niewygodna. Bo to jest przykre - myśleć, myśleć i wymyślić, że dlatego ci nie wychodzi w życiu, bo ci się nie chce zwyczajnie. Wolisz leżeć skacowany na jakimś technoparty i uciekać w taką wygodną zatoczkę żalu do całego świata.

Mówię to z pozycji człowieka, który ostatnio stracił 500 tysięcy na funduszach inwestycyjnych.

Ciągle piszę wiersze, wydałem ostatnio "Króla festynów". Jestem takim Wincentym Kadłubkiem mojego środowiska - jeżdżę po progresywnych klubach i pokazuję młodzieży filmy, które nakręciłem w latach 80. o twórcach Totartu. Czuję, że wszystko jest fajne, wszystko jest piękne, a ja jestem szczęśliwy.

1989: Świat nie zawalił się od razu. 2009: Mąż piany dostaje, jak słyszy narzekania

Iza Dziewanowska z córką Marysią: Na zdjęciu z 1989 roku mam 35 lat. Niesiemy chleb, bo znajomym zabrakło, a sklepy były pozamykane. Na Ursynowie mieszkaliśmy od 1981 roku. Mąż czekał na to mieszkanie 18 lat. Było okropne: nic nie pasowało, drzwi się nie zamykały, ohydne PCV bure w szare maziaje, odpadające kawałki ścian. Zaradni sąsiedzi wydzielili sobie przed blokiem takie płachetki ziemi i robili sobie działeczki, jak gołymi rękami wyrwali już z ziemi kawałki betonu i płyt żelbetowych. Ja byłam miejskie zwierzę, wychowana w Warszawie, nie odróżniałam marchewki od pietruszki, ale sąsiadka przyniosła mi książkę "Rok na działce", żebym się podszkoliła. Nie było w sklepach dużo do jedzenia, więc w chwili słabości przejęłam ostatnią wolną działkę tuż przy śmietniku.

Mąż historyk, a ja dyplom z etnologii obroniłam, kiedy Marysia była już na świecie. Musieliśmy z czegoś żyć, a mój wuj zaproponował, żebym pomogła mu prowadzić galerię obrazów w Grand Hotelu. Turyści kupowali dużo obrazów, bo nic innego nie było.

W 1989 roku świat nie zawalił się od razu. Mąż pracował w ośrodku badawczym Cepelii, wiadomo było, że prędzej czy później wszystkich zwolnią. Każdy łapał się czegoś nowego. Mąż włączył się w interes znajomego - sitodruki, ale wkrótce zaczął się import turecki i chiński, i interes padł. Kupił gdzieś formy do odlewania bibelotów i zaczęliśmy się bawić w odlewnię. Ja prowadziłam księgowość, sklepy przysyłały nam zamówienia na pocztówkach, towar dostarczaliś-my naszym "maluchem". Orka na ugorze. Na rynku pojawiało się coraz więcej rzeczy, sprzedaż spadała. Potem założył firmę instalacyjną. Popełniliśmy parę błędów zawodowych, ale próbowaliśmy coś robić.

Inflacja galopowała i moje zarobki topniały. Na jednym ze spotkań Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, które właśnie reaktywowało się w wolnej Polsce, kolega zaproponował mi, żebym pomogła organizować w Polsce spółkę zagraniczną z Niemcami, stworzyliśmy z kolegą spółkę z o.o. i zajęliśmy się turystyką kolejową. Dzierżawiliśmy wagon od firmy niemieckiej i organizowaliśmy przewozy specjalne. Po pięciu latach przeszłam do podobnej spółki niemieckiej, w której pracuję do dziś. Ja jestem w Polsce, centrala w Berlinie.

Marysia skończyła etnologię tak jak ja. Jak rozmawialiśmy o wyborze studiów, mąż chciał, żeby wreszcie ktoś z rodziny miał porządny zawód, a Marysia mówiła: "Na pewno do banku w garsonce z teczką chodzić nie będę!". Jest scenografem, od dwóch lat prowadzi swoją firmę, utrzymuje się z tego bez problemu. Miała 21 lat, jak pojechała z koleżanką koleją transsyberyjską do Chin. Na swoje wyprawy zarabiała w knajpie jako kelnerka.

Nigdy nie miałam refleksji: komuno wróć. Nigdy. Mąż dosłownie piany dostaje, jak słyszy takie narzekania.

Nie ma do czego tęsknić. Że wczasy za grosze? Wczasy i zamordyzm. Pamiętam, jak chodziło się na Kruczą po paszport. Ten kłębiący się, rozdygotany tłum, który wymieniał się informacjami, w jakim dziś humorze jest pani kapitan Służby Bezpieczeństwa, od której zależało wszystko. A ona była zawsze w złym humorze. Do końca życia będę miała strach przed mundurem.

1989: Byłem zadowolony. 2009: Nikomu nie można wierzyć, nikomu ufać

Dariusz Szwaja: Na zdjęciu (ja z prawej strony) z 1989 roku mam 29 lat, pracuję w Fabryce Samochodów Osobowych, ale zdjęcie jest z targów w Poznaniu. Nie pamiętam tych osób.

Do mnie w FSO należało przygotowanie samochodu do wysyłki. Zarabiałem niewiele, ale byłem zadowolony. Samochody jakościowo były straszne. Ciężko było jakiś przygotować na rynek zagraniczny, taki chłam. Z taśmy zjeżdżał i potrafił mieć 60 usterek! Mechanik szału dostawał, bo przez dwa tygodnie nie mógł zdać samochodu, tylko wymieniał 20 razy skrzynię biegów, aż trafił wreszcie na dobrą.

Źródło: Duży Format
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':