Rafał Kalukin: Pamięta pan swój stan ducha po 4 czerwca '89? Lech Janerka: Była euforia, choć życie nauczyło mnie ostrożności. I wciąż nerwowo. Ale miałem nadzieję, że sensowni ludzie przejęli władzę i wszystko potoczy się już swoim tempem.
A potem? - Byłem trochę narwany, a tu "nie chcem, ale muszem". Doszło do mnie, że tracimy czas. Z roku na rok optymizm stygł. Czułem się zmieszany. Sądziłem, że wszystko będzie proste. Myliłem się.
Czym był dla pana PRL? - Społeczeństwo to presja. Tamten ustrój tylko to potęgował. Urodziłem się w 1953 r. i od dziecka słyszałem o dogmatach tłumaczonych wyższymi celami. Wybrałem więc izolację. Zamknąłem się we własnym świecie czytanych książek i pisanych piosenek.
Pierwsze nieśmiałe występy i realia - praca. Przez siedem lat byłem fotografem w urzędzie wojewódzkim. Przysłuchiwałem się rozmowom ludzi, którzy tam pracowali. Prości rzemieślnicy, bez ambicji, by cokolwiek zmienić. Chcieli pić gorzałę i mało pracować. O dziewiątej rano najmłodszy szedł po flaszkę, o trzynastej następny. I tak im zlatywało.
A pan chciał coś zmieniać? - Chciałem. Miałem małe dzieci. Dostałem w pracy kalkulator i wyliczyłem sobie, że jak będę zarabiał tyle, ile wtedy zarabiałem, to idąc na emeryturę, kupię sobie własne M-4 i "malucha".
Matnia. Wymyśliłem więc sposób, jak usprawnić pracę, by zwiększyć produkcję i przy okazji zarabiać dwa razy więcej. Zgłosiłem to przełożonym. A oni: "Panie Lechu, nawet jeśli to wypali, to zwiększą nam normy i będzie pan zarabiał tyle, ile teraz". Taka była idea tego systemu. Od początku wszystko lipne. Kara za rozbiory.
I nic tylko palnąć sobie w łeb? - Dlaczego sobie? Byłem niedługo przed trzydziestką i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Z podobnymi do mnie założyliśmy brygadę szturmową. Nazywała się Klaus Mitffoch. Chwilę później wybuchła "Solidarność". Miałem wrażenie, że społeczeństwo przekroczyło masę krytyczną, poza którą już nie będzie można tak żyć. Na wiosnę 1981 r., po wydarzeniach bydgoskich, czekałem jak na zbawienie na strajk generalny. Byłem ekstremalny. Robiliśmy w domu zapasy, szykując się na wojnę.
Napisałem wtedy "Konstytucje" i "Ogniowe strzelby" - że niby trzeba coś zmienić. I wtedy Andrzej Gwiazda ogłosił, że strajku nie będzie. No, dość! Wszystko z nas zeszło, robiło się letnio, coraz letniej. A potem stan wojenny, lata 80. i wybory z czerwca 1989 r. Znienacka wszystko wróciło, ale już z inną siłą: polityczną Na początku lat 80. napisałem piosenkę "Evo, revo i ja". Tylko że wtedy nie potrafiłem rozstrzygnąć dylematu: "ewolucja czy rewolucja".
Teraz, po latach, myślę, że wszystkie ruchy społeczne, które kształtowały naszą cywilizację, były poza wpływem jednostki. Działa prawo wielkiej masy, wielkich liczb. O tym był "Kombinat" Republiki. Jesteśmy taką cywilizacyjną amebą, która wysuwa nóżki w różne strony, maca, bada i dopiero wtedy wybiera właściwą drogę. Tak chyba było w naszym wypadku. Amebie wyszło, że lepiej robić zmiany ewolucyjne.
Nie brakowało panu spektakularnego przełomu, wyraźnego ufundowania kamienia węgielnego, że oto rodzi się wolna, niepodległa Polska? - Takim kamieniem były dla mnie porozumienia Okrągłego Stołu. Oczywiście szybko okazało się, że to tylko szkice, a realia poszły swoją drogą. Politycy byli wtedy bardzo ostrożni.
I pan to akceptował? - Żyłem osobno. Czułem, że nie mam na to wpływu, więc nie rościłem sobie żadnych pretensji. Od czasów Klausa M. minęło już pięć lat i ekstremalne pomysły wydawały mi się nie na czasie. Politykowanie stało się grą, niczym nie groziło, więc przestało mnie to interesować.
Przecież w latach 80. pan był głosem pokolenia! - Byłem głosem, który siedział w piwnicy i wrzeszczał do ściany. Nie wierzę, że piosenki mogą zmieniać społeczeństwa. Może Beatlesi coś tam kiedyś zmienili... Po Bachu świat powinien być przecież doskonały. Sądzę, że przekaz piosenki zostaje w głowie słuchacza góra siedem sekund po koncercie. Wraca się do własnych zajęć, potem idzie się na kolejny koncert, znów chwilowa euforia, i tak w kółko.