Zobacz też komentarz: Rząd zdążył przed końcem kryzysu Szczegóły?
• Czas pracy będzie elastyczny. Gdy firma nie ma zamówień, ludzie pracują krócej - np. sześć godzin dziennie. Gdy zamówienia są - dłużej, np. dziesięć godzin. Ale pracodawca nie będzie płacił za nadgodziny. Szef może wymagać od pracownika przychodzenia do firmy w różnych godzinach, np. żeby zjawiał się rano, wychodził przed południem i wracał tuż przed północą. Znów bez nadgodzin. I na koniec - jeśli firma ma kłopoty, jej szef może zmniejszyć pracownikom czas pracy i pensje.
• Rząd przyjął też tzw. postojowe, czyli dopłaty z budżetu państwa dla firm, którym zamówienia spadną przynajmniej o jedną trzecią. Przedsiębiorca, zamiast zwalniać grupowo, wypłaci pracownikom minimalną pensję 1276 zł brutto. Prawie połowę tej kwoty sfinansuje państwo. Dla pracownika ma to być bardziej opłacalne niż pójście na zasiłek (575 zł brutto). Rząd zarezerwował na ten cel niemal miliard złotych.
• Rząd chce wreszcie, aby umowy na czas określony nie były podpisywane tak jak teraz na 20 lat, ale nie dłużej niż na dwa lata. To gest w stronę związków, bo umowę na czas określony łatwo zawrzeć i równie łatwo zerwać. Wystarczy dwutygodniowe wypowiedzenie. Teraz stosunkowo szybko pracownik dostanie stałą umowę.
• Pakiet ma obowiązywać przez dwa lata - rząd liczy na to, że w tym czasie kryzys się skończy.
Dzięki pakietowi, mówi rząd, powstrzymamy wzrost bezrobocia nawet o 2 pkt proc. A według resortu pracy w maju wyniosło ono 10,8 proc.
Pakiet ma pochłonąć półtora miliarda złotych pochodzących z Funduszu Pracy, czyli w rzeczywistości ze składek firm. Ma z niego skorzystać ćwierć miliona pracowników.
- Nasze rozwiązania pozwolą przeciwdziałać kryzysowi - chwalił się wczoraj w Stalowej Woli premier
Donald Tusk. I przekonywał, że pakiet nie jest żadnym prezentem dla każdego, lecz pomocą dla firm w kłopotach.
Przygotowanie projektu zajęło rządowi ponad dwa miesiące od chwili, gdy związki i pracodawcy przekazali mu listę 13 swoich wspólnych postulatów. Nie wszystkie przetrwały, jak podwyżki pensji minimalnej, jak chcieli związkowcy, ani likwidacja ustawy kominowej ograniczającej dziś zarobki menedżerów spółek skarbu państwa - czego domagali się pracodawcy.
- Czujemy się robieni w konia. To próba złamania solidarności między związkowcami a pracodawcami - mówi Janusz Śniadek, szef "Solidarności". Podobnie mówi OPZZ.
Pracodawcy też są rozczarowani. Ich zdaniem "postojowe" to fikcja. - Będą mogły z tego skorzystać tylko firmy, które nie mają długów w
ZUS i urzędzie skarbowym. A która bankrutująca firma nie ma? - denerwuje się Adam Ambrozik z Konfederacji Pracodawców Polskich.
Zdaniem ekonomisty Ryszarda Petru pakiet, choć dobry, jest spóźniony, musi przejść przez parlament i nie wiadomo, czy podpisze go prezydent.
PiS pakiet krytykuje. Paweł Wypych, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, mówi "Gazecie": - Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze. Projekt pakietu przypomina mi jedzenie ciastka przez szybę.
Petru: - Namawiam poszczególne zakłady, aby nie czekały na pakiet rządowy, ale same dogadywały się z pracownikami i opracowywały własne rozwiązania na kryzys.