Motory polskiej gospodarki lepiej pracują niż większości krajów Europy, które pogrążyły się w głębokiej recesji. Laurka należy się nam samym. Polscy przedsiębiorcy i pracownicy okazują się bardziej dynamiczni, niż się powszechnie sądzi, a fundamenty naszej gospodarki, która od 20 lat przechodzi transformację - mocniejsze.
Ale 0,8-proc. wzrost to nie powód do ogłaszania końca kryzysu. Sami statystycy nie bardzo wiedzą, które segmenty polskiej gospodarki ciągną wzrost. Przemysł przetwórczy spada, górnictwo dołuje, budownictwo wciąż się broni, ale na pewno nie będzie lokomotywą wzrostu, a usługi finansowe, handel, transport w najlepszym razie pogrążone są w stagnacji.
Gdy załamuje się wzrost, zawsze rozwija się szara strefa, być może jedyny segment gospodarki, który nie odczuwa kryzysu. Gospodarce pomaga osłabienie złotego, dzięki któremu import spadł szybciej niż eksport i rynek stał się łatwiejszy dla polskich przedsiębiorstw. Ale jeśli recesja w Europie, a zwłaszcza w Niemczech, u naszego najważniejszego partnera, potrwa długo, eksport się skurczy.
Nie ma powodu do paniki, jaką szerzy opozycja, ale za wcześnie na otwieranie szampana. Najgorsze wciąż przed nami. Czeka nas przykrojenie budżetu, gdyż dochody państwa spadają mimo niewielkiego wzrostu całej gospodarki. A to znaczy, że ten i następny rok będą chude dla sfery budżetowej. Czeka nas wzrost bezrobocia i ostre hamowanie dochodów rodzin.
Jest szansa, iż spełni się prognoza ministra Rostowskiego, że cały rok zakończy się na "lekkim zerze". Ale pod trzema warunkami.
Po pierwsze - że z innych krajów zaczną przychodzić lepsze informacje.
Po drugie - że rząd sensownie znowelizuje budżet i nareszcie uruchomi gwarancje kredytowe dla przedsiębiorstw.
Po trzecie - że opozycja, zamiast zacierać ręce w nadziei na katastrofę, pomoże przyjąć konieczne i nieprzyjemne dla wyborców ustawy ograniczające wydatki państwa.
Źródło: Gazeta Wyborcza