Czas się zastanowić, co z tego wszystkiego wynika. A w szczególności, czy wynika coś takiego, z czego moglibyśmy się, usiłując komponować nasze życie, nauczyć - z pożytkiem dla nas i dla innych... Coś takiego wynikać powinno. Choćby dlatego, że wyzwania, jakie stają przed nami dziś i jakie stały przed pokoleniami narodzonymi, wyrosłymi lub dobiegającymi starości w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, przy wszystkich jaskrawych różnicach były też do siebie nawzajem uderzająco podobne. I tu i tam szło i idzie o życie godne. O wolność od upokorzenia. O uczynienie świata, w jakim żyć wypadło, a przynajmniej siebie w nim, lepszym, niż był czy jest. O to też szło i idzie, by zarobić swym życiem na to, by ślad po nim w świecie pozostał. Marks powiadał, że ludzie tworzą swoją historię, ale w warunkach nie przez nich stworzonych. Tak się jednak składa, że bez względu na warunki od nich niezależne, o te same sprawy, tworząc swą historię, ludzie troszczą się i zabiegają...
O dzieciach ludzkich (a któż z nas dzieckiem ludzkim nie jest lub nie był?) Jean-François Lyotard napisał: "Pozbawione mowy, niepotrafiące utrzymać się w postawie wyprostnej, niepewne tego, na czym skupić uwagę, niezdolne do kalkulowania zysków i strat dziecko jest dogłębnie człowiecze, bowiem jego zakłopotanie zapowiada i obiecuje nadejście tego, co możliwe".
Nie zgubić godności Być dzieckiem to tyle: wszystko jeszcze w przedzie, tam, w tym tajemniczym miejscu „przyszłością" zwanym, o którym wiadomo, że gdzieś tam jest, ale nie wiadomo, jak wygląda; wszystko może się zdarzyć, jak nie teraz, to później. O niczym jeszcze nie czas powiedzieć, że się stać nie może, a i nic nie przepadło jeszcze bezpowrotnie. Świat rzeczy możliwych nie ma granic - a gdyby je nawet miał, to i tak nie byłoby wiadomo, gdzie przebiegają i jak je znaleźć. Każde pragnienie ma tę samą szansę ziszczenia, a wśród obfitości jeszcze niesprawdzonych szans rozrachunek zysków i kosztów niewiele ma sensu. Nie ma w dziecięcym słowniku miejsca na oddzielanie tego, co „realistyczne", od mrzonki czy „sensownego oczekiwania”, od czczej fantazji (to dorośli te rozróżnienia wymyślili). Dróg ścieli się pod nogami nieprzebrane mnóstwo, a każda z nich czeka, wabi, namawia, kusi, by ją wypróbować - podobnie jak miejsca, do których drogi te (być może) prowadzą, i sposoby ku nim wędrowania. Być dzieckiem to tyle, co nie mieć „przeszłości", co to z tego wszak znana, że wiąże, trzyma za kark, zniewala bez nadziei na uwolnienie; ale mieć w zamian nieprzebrane mnóstwo „przyszłości", co to obiecuje wszystkie pęta rozwiązać i wszystkie kajdany skruszyć... Być dzieckiem to nie mieć stałego adresu zameldowania - ale mieć za to bezterminowy bilet, ważny na wszystkie pojazdy. Dziecko, innymi słowy, to nieskończoność możliwości.
Możliwość trzeba poprowadzić i doprowadzić do rzeczywistości; trzeba ją nakłonić (przekonać, skusić, zmusić), by przestała być, czym była dotąd, „możliwością tylko". Ta asysta (pomoc? przemoc?) zwie się wykształceniem lub wychowaniem. Jej celem jest dojrzałość: koniec dzieciństwa. Aby stać się w pełni człowiekiem, trzeba wpierw przestać być dzieckiem. Człowiekowi dorosłemu określenie „dziecinny" uwłacza, a pomówienie o dziecinne zachowanie jest dlań afrontem, zniewagą lub wyrokiem potępiającym. „Dorosły" to już-nie-dziecko, bardziej do rzeczy istota ogołocona z wszystkich możliwości poza tą jedną, która się w rzeczywistość wykształciła. Najcenniejszą z możliwości, które wychowawcy usiłują w rzeczywistość przeobrazić, jest pozostawienie z niepokojąco rozległych widoków i zagmatwanych rozstajów tylko jednej, równej i prostej ścieżki. Tą ścieżką, nie zbaczając i nie rozglądając się na boki, winno się podążać, pilnując w ten sposób i już nigdy nie przekraczając nieprzenikliwej (choć zdradliwej, bo zamazanej) granicy między rzeczywistością a fantazją, drogiej zarówno nadzorcom społecznego porządku, jak i filozofom, stróżom ładu myślowego.
W toku dojrzewania/wychowania coś się zyskuje: zdolność odróżnienia między comme il faut i comme il ne faut pas - między dozwolonym i zakazanym, tym, co aprobowane, a tym, co potępiane, między „musisz to zrobić" lub „to ci ujdzie na sucho" a „tego się wystrzegaj" lub „uczynisz to na własną zgubę". Zyskuje się życie w spokoju i spokój w duszy - choćby i kosztem ubezwłasnowolnienia, podporządkowania, posłuszeństwa, pokory i potulności. Człowiek dojrzały zna swoje miejsce i się go trzyma, opierając się pokusom wsuwania nosa czy palca, gdzie nie należy. I w pierwszej Rzeczypospolitej, i drugiej, i trzeciej, i czwartej. I w tej uznanej za dziurę w dziejach, Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej...
W toku dojrzewania/wychowania łacno też można coś zgubić: czupurność i upór, chęć i odwagę powiedzenia "nie", skłonność do odmowy przyjmowania rzeczy takimi, jakimi są, dlatego że są takie, jakie są, i że utrzymują, iż innymi być nie mogą. Śmiałość pogardzenia marchewką i dzielność ignorowania kija... Godność sprzeciwu: nie dać się "ustawiać", szorstko czy pogardliwie traktować, tyranizować, zastraszać, ignorować, zbywać. Krótko mówiąc, można zgubić ludzką godność.
Wolność to odpowiedzialność "Nie wolno zostawić świata takim, jakim jest" - zapisał w swym notesie Janusz Korczak chyba po to, aby owe przykazanie przewodziło jego czynom. Józef Tischner zapisał inne napomnienie: "Przestańmy rozliczać świat, a zacznijmy rozliczać siebie". Brzmiało jak riposta... Ale czy rzeczywiście było ripostą? Wyrazem sprzeciwu? Chyba jednak wbrew pozorom nie było. Trudno to napomnienie wezwaniu Korczaka przeciwstawić, jeśli się je zestawi z obserwacją także przez Tischnera zapisaną, że "wolność nie włazi w człowieka po przeczytaniu książek; wolność przychodzi po spotkaniu drugiego wolnego człowieka". Tischner był myślicielem jak mało który konsekwentnym - nawet w opisie i wiwisekcji niekonsekwencji, tej nagminnej ludzkiej przywary, do której po wielekroć w swych pismach wracał ze smutkiem, ale i z właściwą jego zadumie nad ludzkim losem wyrozumiałością...
Gdy się jeden zapis z drugim zestawi, wyłoni się przesłanie spójne i jednoznaczne, a bynajmniej z apelem Korczaka niesprzeczne: rozliczajmy siebie, a nie świat z tego, że nie często spotykamy na swej drodze wolnych ludzi. Rozliczajmy siebie, bo - jak widać - do ludzi, którzy nas spotkali, po spotkaniu nas wolność nie przyszła. Rozliczajmy siebie zatem z tego, żeśmy nie dość wolni. Jeśli to uczynimy, świat nie będzie już światem takim, jaki jest; nie będzie już światem, w jakim rzadko, zbyt rzadko, boleśnie rzadko, ludzi wolnych się spotyka. A więc nie powinniśmy rozliczać świata zamiast rozliczania siebie, ale też nie sposób rozliczyć siebie, nie rozliczając świata.
Nie zostawimy świata takim, jakim jest, jeśli nie pozostawimy siebie takimi, jakimi jesteśmy. A pozostawić siebie "takimi, jak jesteśmy" nie powinniśmy, bo ucierpiałby na tym świat - wówczas znów niewiele z naszego się ze sobą rozliczania by wynikło. Koło się zamyka. "Nikt nie może być w pełni wolnym", powiada Tischner, gdy "inni wokół niego są niewolnikami". "Właściwym ograniczeniem wolności człowieka nie jest, jak się niekiedy twierdzi, wolność innego człowieka, lecz jego niewola". "Wyzwolenie człowieka zaczyna się od wewnątrz. Nie mogłoby się jednak zacząć, gdyby człowiek nie spotkał obok siebie wolności innego i gdyby się nią nie zachłysnął".
Ale cóż to takiego owa wolność, o której Józef Tischner powiadał także, że "dałby ją na pierwsze miejsce ze wszystkich wartości, jakie w Polsce są"? Mnóstwo odpowiedzi uzbierałoby się na to pytanie, gdyby zawartość bibliotek gruntownie przewertować, ale najbliższy uchwycenia istoty wolności zdaje się Josif Brodski, myśliciel i poeta doświadczony podobnym do naszego losem, gdy powiada, że człowiek wolny to taki, który "nie użala się, gdy poniesie porażkę"; który, innymi słowy, przyjmuje odpowiedzialność za swe czyny i ich konsekwencje. Który od swej odpowiedzialności nie ucieka i nie próbuje się przed nią chronić za szerszymi od własnych plecami, a od zarzutu dezercji i tchórzostwa nie wykręca się magicznym zaklęciem "mnie kazano", "musiałem" czy "nie mogłem inaczej". Który tym samym czynnie zaprzecza nikczemnej sugestii, jaką Fiodor Dostojewski włożył w usta Wielkiego Inkwizytora, że "najbardziej męczącą troską człowieka jest znaleźć kogoś, komu można by oddać dar wolności".
A cóż to znowu znaczy "przyjąć odpowiedzialność za konsekwencje swoich czynów"? O jakich tu konsekwencjach mowa? Rzecz jasna o wpływie, jaki nasze uczynki bądź nasze czynów zaniechanie wywrą na losy innych ludzi. Bo cokolwiek robimy (i przed czegokolwiek robieniem się wzdragamy), zmienia okoliczności, w jakich działać wypada innym ludziom wokół nas: zestaw celów, jakie mogą sobie sensownie postawić, i środków, jakich użyć mogą do ich osiągnięcia.
Dzieje się tak bez względu na to, czy o tym pomyśleliśmy i czy w ogóle zdajemy sobie sprawę z wzajemnego powiązania naszych losów; czy zdajemy sobie sprawę z tego, że - podobnie jak postępki innych ludzi składają się na nasz los - nasze czyny i nasza bezczynność są częścią ich losu. Czyśmy tego świadomi, czy nie, czy chcemy tego, czy nie, ponosimy odpowiedzialność za to, co się nam nawzajem przydarzy. Ale jak długo się z tym faktem nie liczymy i jak długo zachowujemy się, jak gdyby go nie było, i my, i inni wokół nas jesteśmy, by tak rzec, „igraszkami losu". Nie jesteśmy wolni. Wyzwolenie przychodzi dopiero wtedy, gdy decydujemy się przekuć los w powołanie; gdy, innymi słowy, przyjmujemy odpowiedzialność za tę odpowiedzialność, którą i tak wszak ponosimy i od której uwolnić się nie możemy, o której możemy co najwyżej zapomnieć lub którą możemy bagatelizować - nie pozwalając, by pamięć o niej kierowała naszymi czynami, i przedkładając tym samym niewolę ponad wolność.
Przyjmując odpowiedzialność za tę odpowiedzialność, jaką zawsze, chcąc nie chcąc, wiedząc o tym czy nie wiedząc, ponosimy, za to, co się innym przydarzy, otwieramy wrota wolności. Ale otwieramy je też na ryzyko błędu, za który siebie tylko będziemy odtąd winić i za który we własne piersi bić się będziemy. Wraz z naszą zgodą na ryzyko błędu, na ryzyko, bez którego wolność nie nadejdzie, otwieramy też wrota sumieniu; będzie ono odtąd naszym sędzią śledczym i orzekającym zarazem, surowym a nieprzekupnym, od którego wyroków nie da się już nam wykpić, tłumacząc, że do tego, cośmy uczynili, lub do zaniedbania powinności jego uczynienia, zmusił nas cudzy przymus lub pchnęła własna ignorancja.
Zygmunt Bauman, Roman Kubicki, Anna Zeidler-Janiszewska, "Życie w kontekstach. Rozmowy o tym, co za nami i o tym, co przed nami"
Wydawnictwo WAiP, 2009 r.
Pierwsza i druga część eseju dostępne są pod adresem: