Wyzwiska, groźby pod adresem działaczy antyfaszystowskich, lewicowych i na rzecz mniejszości, ich zdjęcia, adresy i telefony - to można znaleźć na słynnej już stronie międzynarodówki faszystowskiej Redwatch.
"Naprawdę poje... studentka. Zboczoną k... podnieca ściąganie z drzew małp i zwożenie do naszego Białego Kraju. Zapewne ta suka jest zarażona tyloma odmianami AIDS ile jest plemion w Afryce. Ta biała k... jest członkinią CIM-u, Stowarzyszenie zajmujące się imigrantami" - to wpis otwierający mazowiecką podstronę Redwatch. Opatrzony nazwiskiem, zdjęciem i adresem opisywanej dziewczyny. Są też zdjęcia z nazwiskami, ale bez danych teleadresowych. Lub same nazwiska, np. lista 515 osób, które podpisały się pod listem otwartym przeciwko zakazowi Marszu Równości w Poznaniu w 2006 r. Gołym okiem widać, że wchodzi tu w grę przestępstwo bezprawnego ujawniania danych osobowych, a także znieważenia, pomówienia, propagowania faszyzmu i nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych.
Część osób "wiszących" na stronie Redwatch obawia się o swoje bezpieczeństwo. Kiedy dziewczyna opisana jako "k... ściągająca z drzew małpy" poszła po pomoc na policję, dostała radę: przefarbować włosy. Policjantka nawet poszła po farbę i na miejscu - w komendzie - włosy przefarbowano. Ale nie odebrano nawet zawiadomienia o przestępstwie.
Piętnowani na stronie Redwatch nie mają żadnych instrumentów prawnych, żeby wymusić choćby usunięcie z niej swoich danych. Mogliby wytaczać sprawcom postępowanie cywilne, ale w polskich sądach takie postępowania są zwyczajowo zawieszane, jeśli analogicznie toczy się w tej samej sprawie postępowanie karne.
Gdyby strona działała na polskim serwerze, wystarczyłoby zwrócić się do administratora o usunięcie treści naruszających prawo. Ale strona jest na serwerze amerykańskim, a tam za karalne uważa się nie treści rasistowskie czy faszystowskie , lecz dopiero wezwanie do fizycznej przemocy.
Zaraz po wszczęciu śledztwa w sprawie Redwatch polskie organa ścigania zwróciły się do swoich amerykańskich odpowiedników o zablokowanie strony, ale dostały odmowę. Stronę zablokował - z własnej inicjatywy - administrator amerykański, ale zaraz pojawiła się na innym serwerze.
W tej sytuacji jedynym sposobem na odstraszenie autorów Redwatch od kontynuowania działalności jest ich oskarżenie i osądzenie. Ale śledztwo trwa już czwarty rok i końca nie widać.
Helsińska Fundacja Praw Człowieka zwróciła się do prokuratora generalnego Andrzeja Czumy, aby przyjrzał się, czy śledztwo jest sensownie prowadzone. Wątpliwości budzi to, że planowane jest przesłuchanie setek osób umieszczonych na stronie. Odnalezienie niektórych, wymienionych tylko z nazwiska, zajmuje policji dużo czasu. Dotychczas udało się przesłuchać trzech podejrzanych i dotrzeć do 120 pokrzywdzonych, a więc w tym tempie śledztwo potrwa jeszcze jakieś dziesięć lat.
"Naszym zdaniem postępowanie powinno zmierzać do przesłuchania świadków kluczowych dla sprawy, którzy czują się szczególnie zagrożeni (w tym w szczególności osób, których nazwiska są opatrzone nienawistnymi komentarzami czy danymi teleadresowymi). Dążenie do przesłuchania wszystkich osób potencjalnie pokrzywdzonych z góry skazuje postępowanie na niepowodzenie i może prowadzić do przedawnienia karalności czynów" - pisze Fundacja Helsińska do ministra Czumy.
To kolejny przypadek, gdzie zasada legalizmu (obowiązek ścigania każdego przestępstwa) de facto uniemożliwia zakończenie sprawy. W listopadzie opisywaliśmy ("Prokuratura truje w szpitalu") sprawę domniemanego wyłudzania pieniędzy w
NFZ przez szpital
MSWiA w Warszawie, gdzie przesłuchuje się kilka tysięcy pacjentów, co przeciąga śledztwo w nieskończoność. Wszystko dlatego, że prokuratorzy zasadę legalizmu rozumieją jako obowiązek ustalenia wszelkich okoliczności związanych ze sprawą. Na naszych łamach prof. Stanisław Waltoś, współautor kodeksu postępowania karnego, mówił wtedy: - Zasada legalizmu nie może być interpretowana w sposób, który blokuje działanie organów ścigania i sądów.
Zapytaliśmy o sprawę Redwatch prokuratora krajowego Edwarda Zalewskiego. I dowiedzieliśmy się, że to nie prokuratura, ale sąd odpowiada za to, że śledztwa nie można zakończyć: - Już w maju 2007 r. wobec trzech osób: Andrzeja P., Bartosza B. i Michała T. Prokuratura Okręgowa w Warszawie skierowała akt oskarżenia. Ale 10 sierpnia Sąd Okręgowy w Szczecinie zwrócił go do uzupełnienia z zaleceniem, by ustalić i przesłuchać wszystkich pokrzywdzonych - mówi prokurator Zalewski.
Zalewski zgadza się z prof. Waltosiem, że praktyka ustalania wszelkich okoliczności sprawy blokuje karanie sprawców przestępstw. - W kodeksie z 1997 r. nie było takiego obowiązku. Przywrócono go za rządów
PiS z inicjatywy ówczesnego ministra sprawiedliwości Andrzeja Kryżego. Trzeba pomyśleć o powrocie do poprzedniego zapisu współautorstwa prof. Waltosia, gdzie należało sprawę wyjaśnić tylko w "niezbędnym zakresie".