http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W mieście jest ulica, na wsi - droga

Rozmawiała Sylwia Śmigiel
2009-05-27, ostatnia aktualizacja 2009-05-29 12:28

Rolnik ma już komórkę, ale często traci sygnał. Ma telewizor, ale nie odbiera wszystkich kanałów. Zakupy może zrobić w wiejskim markecie, ale po książkę musi jechać do miasta powiatowego. Buduje dom, ale bez kanalizacji - mówi Wiesław Łagodziński z GUS.

Wiesław Łagodziński
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Wiesław Łagodziński
ZOBACZ TAKŻE

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Sylwia Śmigiel: Jak się żyje na wsi pięć lat po wejściu do Unii?

Wiesław Łagodziński: Wieś znacznie szybciej, niż komukolwiek by to do głowy przyszło, skorzystała z naszego członkostwa. Po raz pierwszy w historii do mieszkańców wsi popłynęły pieniądze, które mogli wydać na swoje potrzeby. Zaczęli korzystać z cywilizacyjnego postępu, który jeszcze niedawno wydawał im się nieosiągalny. Na wsi pojawiły się dobre telewizory, odtwarzacze, mikrofalówki itd. Jeszcze kilka lat temu nikomu nie mieściło się w głowie, że rolnik może jechać traktorem, orać pole i równocześnie rozmawiać przez telefon komórkowy. A teraz jest to normalne.

Nic dziwnego, rolnicy zaczęli więcej zarabiać.

- Rolnicy biorą dopłaty bezpośrednie, korzystają z różnych programów unijnych. Dzięki temu ich dochody się bardzo poprawiły. Tylko że są one bardzo asymetryczne. W jednej wsi mamy bogatych rolników i tych, którzy z trudem wiążą koniec z końcem. Przy czym tych drugich jest znacznie więcej.

Na około 1,6-1,8 mln gospodarstw tylko 300 tys. ma wysoki standard ekonomiczny: produkują, i to nie tylko na swoje potrzeby, inwestują. Dlatego właścicielom średnich i dużych gospodarstw wiedzie się dobrze. Ale większość polskich gospodarstw ma poniżej dziesięciu hektarów. Ich dochody są niewielkie, często wręcz opłakane.

Chyba nie jest aż tak źle. Wystarczy wyjechać 30 km poza Warszawę.

- Wiele zależy od tego, gdzie jest zlokalizowana wieś, jak blisko ma do dużego miasta. Dużo lepiej wiedzie się mieszkańcom wsi wokół Poznania, Krakowa, Śląska, Trójmiasta, a przede wszystkim Warszawy. One wytwarzają żywność dla metropolii.

Poza tym aż 60 proc. ludności na wsi nie pracuje na roli. Ci ludzie dojeżdżają do pracy do pobliskich miast albo pracują w systemie administracji i obsługi rolnictwa lub gdzie indziej i jakoś sobie radzą. Choć trzeba zaznaczyć, że zazwyczaj pracują ciężej niż mieszkańcy wsi. Nie dość, że codziennie dojeżdżają do wielkich aglomeracji nawet 100 km, to wykonują zazwyczaj najcięższe prace. To właśnie mieszkańcy wsi pracują głównie w wodociągach, kanalizacji, gazownictwie, transporcie itd.

Gdzie sytuacja na wsi jest najgorsza?

- W byłych popegeerowskich województwach: warmińsko-mazurskim, zachodniopomorskim, częściowo pomorskim, lubuskim. A także tam, gdzie jest mało dużych miast, czyli na Lubelszczyźnie, Podkarpaciu i Podlasiu. Choć ten ostatni region poradził sobie z tym problemem i teraz szybko się rozwija. Wszystko dzięki rozwinięciu produkcji mleka i produktów mlecznych.

Ale nawet na terenach popegeerowskich zmienił się styl życia.

- Rzeczywiście, niewiele jest już rzeczy, które na wsi się produkuje. Mieszkańcy wsi kupują już nie tylko cukier, ocet, czekoladę czy przyprawy, ale nawet wędliny, warzywa, a przede wszystkim chleb. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Tak jak to, że we wsiach pojawiły się supermarkety. Tylko że wciąż mechanizm relacji między wsią a miastem jest ekonomicznie asymetryczny.

Ale przecież widać postęp na wsi.

- Tylko że to, co dla mieszkańców miast jest sprawą oczywistą, dla wsi - niekoniecznie. W mieście jest ulica, a na wsi - droga albo szosa. Mało tego, to gospodarze muszą sami starać się m.in. o doprowadzenie drogi dojazdowej, wodociągu, linii elektrycznej, a w tym przede wszystkim tzw. siły, czyli prądu trójfazowego, bez którego gospodarstwo rolne nie może funkcjonować.

Wieś w ciągu ostatnich pięciu lat bardzo intensywnie się buduje. Tylko że ok. 20 proc. nowych domów nie ma pełnego wyposażenia cywilizacyjnego, czyli łazienki z ciepłą wodą, kanalizacji itd. Bo one jeszcze do wsi ich właścicieli nie dotarły.

Wieś wciąż jest środowiskiem ludzi bardzo ciężko pracujących. Tam bardzo wcześnie zaczyna się edukację ekonomiczną, i to od podstaw. Dziecko już w wieku 12-14 lat siada na traktor, opiekuje się krowami czy pracuje przy sprzęcie rolniczym. Jednocześnie się uczy, bo rolnicy mają bardzo duże ambicje. Tylko gorzej wygląda ich realizacja.

Dlaczego?

- To, co wsi bardzo dolega, to słaba komunikacja informacyjna, telekomunikacyjna, kulturalna, kulturowa. Dostęp do wszystkich dobrodziejstw cywilizacji jest gorszy. Dzieci wiejskie mają ciągle pod górkę. Mają daleko do szkoły ponadpodstawowej, a nieraz i do podstawowej, biblioteki itd. Nic dziwnego, że na akademiach rolniczych studiują głównie dzieci z miast.

Co więc należy zrobić?

- Nie możemy zapominać, że miasto ma ogromny dług cywilizacyjny wobec wsi. To dzięki niej w 1989 r. zapełniły się półki w polskich sklepach. I to także na wieś w czasach wielkiego bezrobocia zostało wyeksmitowanych 1,5 mln chłoporobotników. Swoje miejsce musieli tam też znaleźć byli pracownicy PGR-ów.

A teraz państwo powinno zadbać o to, żeby cywilizacja dotarła do każdej wsi. Wszędzie powinien być internet szerokopasmowy, dobry sygnał telewizyjny. W każdej gminie potrzebny jest ośrodek informacyjny i komputerowy, o bibliotece czy ośrodku kultury nie wspominając. Przecież nieraz mieszkaniec wsi, żeby kupić książkę czy gazetę, musi jechać kilkanaście kilometrów.

Trzeba też poprawić obsługę wsi. Urzędnicy gminni, w biurach agencji rolnych powinni być wysoko kwalifikowani, a przede wszystkim powinni rozumieć rolników.

A jak jest obecnie?

- Miejski urzędnik w miejski sposób mówi chłopu o wiejskich problemach. Nawet nie rozmawia, nie tłumaczy, tylko oznajmia, co ten musi zrobić. Tak było m.in. po wejściu Polski do Unii. Urzędnicy zaczęli wymagać całego szeregu procedur. Kazali na przykład zrobić potężne płyty gnojowe. Zbudowanie jednej kosztowało kilka tysięcy złotych. Rolnicy to zrobili, a potem okazało się, że nie są potrzebne. Nie wiem, czy jakikolwiek mieszkaniec miasta by się na to zgodził. A wieś jest szalenie zdyscyplinowana, więc nawet nie dyskutuje z urzędnikami. Odpowiada na pytania i wykonuje polecenia administracyjne.

Po wejściu do UE wieś zaczęła szukać alternatywnych źródeł dochodów. Rolnicy zaczęli się interesować nowymi uprawami, agroturystyką, alternatywnymi źródłami energii, nowatorskimi rozwiązaniami rolniczymi. Tylko że bez dobrych doradców postęp na wsi wciąż będzie dużo wolniejszy niż w mieście, a nasze rolnictwo - zacofane.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':