W 2003 r. wzywał w Sejmie do "reakcji na wypowiedzi i działania polityków niemieckich kwestionujące ład prawno-własnościowy na polskich ziemiach północnych i zachodnich". W 2004 r. - by Polska wyegzekwowała reparacje wojenne za II wojnę światową.
Jarosław Kaczyński mówił wówczas, że w Polsce istnieje front obrony interesów niemieckich tworzony przez: "tłumek pożytecznych idiotów o żebraczym usposobieniu", "aktywa niemieckich służb specjalnych, w tym Stasi", naukowców i "niezależnych publicystów", którzy żyją za "niemieckie pieniądze". Gdy w 2006 r. otwarto w Berlinie wystawę o wypędzonych, premier Kaczyński przerwał urlop, by w byłym obozie zagłady Stutthof "przypominać, kto był zbrodniarzem, a kto ofiarą". Kiedy
Niemcy "ostrzelali" braci Kaczyńskich na łamach "Tageszeitung", prezydent
Lech Kaczyński zrezygnował z udziału w szczycie weimarskim w Niemczech. W 2008 r., wygłaszając orędzie przeciw traktatowi z Lizbony, występował na tle mapy Niemiec z 1937 r.
Warkot niemieckich czołgów politycy
PiS najwyraźniej słyszą w kampaniach wyborczych. W 2005 r. jako prezydent Warszawy Lech Kaczyński wyliczał, że straty stolicy to 45 mld dol., i zapowiadał, że wystąpi o reparacje. W tej kampanii przed sprawą odezwy CDU/CSU PiS zajmował się roszczeniami wypędzonych i oderwaniem przez PO od Polski Świnoujścia w wyborczym spocie.