http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Stolica niemieckiej rozrodczości

Marcin Piekoszewski
2009-05-31, ostatnia aktualizacja 2009-05-29 12:05

O ile w całym kraju na jedną kobietę przypada niecałe półtora dziecka, na Prenzlauer Berg wskaźnik urodzeń przekroczył zawrotną liczbę 2. Co takiego ma niegdysiejsza socjalistyczna dzielnica Berlina, czego nie mają kapitalistyczne miasta Zachodu?

 Na Prenzlauer Berg każda okazja jest dobra, by wyjść z dzieckiem z domu.
Fot. Forum
Na Prenzlauer Berg każda okazja jest dobra, by wyjść z dzieckiem z domu.
Kościół zaadaptowano na muzeum dla dzieci.
Fot. Forum
Kościół zaadaptowano na muzeum dla dzieci.
Nie jest jasne, kto pierwszy mianował Prenzlauer Berg stolicą niemieckiej rozrodczości. Niektórzy mówią, że jedna z lokalnych gazet szukała tematu. Na poparcie efektownej tezy przytoczyła anegdotę, jakoby we wschodnioberlińskiej dzielnicy znów trzeba było stać w kolejkach - z wózkiem przed placami zabaw.

'Tutaj po prostu łatwiej być matką' - wyjaśnia 32-letnia Nicole, która jeszcze dwa lata temu mieszkała w Monachium, pięła się po zawodowych szczeblach, do dzieci podchodziła czysto demograficznie, a macierzyństwo malowała w czarnych barwach odizolowania i przymusu. W dawnych zachodnich Niemczech taka instytucja jak żłobek jest do dziś czymś egzotycznym i większość matek, chcąc nie chcąc, siedzi w domu do czasu, aż dziecko może pójść do przedszkola. Na wschodzie Niemiec przejęto w spadku enerdowski system dla kobiet pracujących, który zapewnia pomoc w opiece nad dzieckiem już od osmego tygodnia życia. Na Prenzlauer Berg zagęszczenie rodziców (ponad połowa mieszkańców ma od 25 do 45 lat) sprzyja ponadto powstawaniu małych prywatnych żłobków. Czymś normalnym jest też najęcie opiekunki - młodej Amerykanki, Szwedki czy Francuzki. Przedszkola działają do szóstej wieczorem. 'Dzięki temu wiele rzeczy staje się tutaj kwestią wolnego wyboru' - mówi Nicole.

Pół roku temu w jednym z berlińskich 'domów porodowych', w którym nie pracują mężczyźni, a każda kobieta ma własną akuszerkę i oddzielny pokój przypominający śródziemnomorską sypialnię, Nicole urodziła Klarę. Tego samego jeszcze dnia wniosła ją do mieszkania na czwartym piętrze kamienicy bez windy i wkrótce dołączyła do zadowolonych matek, które szerokimi chodnikami Prenzlauer Berg toczą wózki. 'Dzielnica zachęca do wychodzenia z dzieckiem z domu' - mówi Nicole i rzeczywiście harmonogram ma z córką napięty. W poniedziałki śpiewają w macierzyńskim chórze (matki śpiewają, dzieci płaczą), we wtorki uprawiają gimnastykę, w czwartki pływają, w piątki Nicole zaczęła chodzić do pracy, w domu zostaje wtedy jej partner Matthias (wkrótce przechodzi na ojcowski, ona wraca na pół etatu). Środy mają wolne, więc ruszają na miasto. Na Prenzlauer Berg do odwiedzenia jest ponad sto sklepów dla dzieci, do tego dziecięce kawiarnie, teatry i muzeum w starym kościele, gdzie najmłodsi wprowadzani są w arkana fizyki, mechaniki i przeróżnych rzemiosł. No i oczywiście butiki dla kobiet przed porodem i po porodzie, wśród których jednym z popularniejszych jest Sexymama.

Sexymamę założyła cztery lata temu Anne Petzold z pomocą męża i urzędu pracy. Była właśnie po przeprowadzce ze Stuttgartu, sześć miesięcy po porodzie, i po głowie chodził jej sklep z designem. Po kursie księgowości i zarządzania, który zafundowało jej państwo, zdecydowała się na kilkunastometrowy lokal przy malowniczym Helmholtzplatz. Ostatecznie meble zamieniły się w ciuchy dla matek.

Po trzech latach działalności i stabilnego przyrostu naturalnego Sexymama przeniosła się do większego lokalu za rogiem. Asortyment sklepu odzwierciedla gusta i dochody mieszkanek. Można tu kupić elegancką bieliznę dla kobiet karmiących, wydekoltowane sukienki w stylu lat 70., wieczorowe suknie dla kobiet w ciąży (do 300 euro za sztukę). Matki z okolicy przychodzą po dżinsy za kilkadziesiąt euro, ale bywają i takie, które za jednym razem zostawiają okrągły tysiąc. Anne współpracuje z blisko 20 firmami (nie przypadkiem najwięcej pochodzi z prorodzinnej Skandynawii), z których część szyje ubrania według jej projektów. Odkąd w 2007 roku wprowadzono w Niemczech tzw. rodzicielskie (Elterngeld), kobiety stać na większą niezależność. Na każde dziecko przypada 14 miesięcy płatnego urlopu (do podziału na mamę i ojca), w trakcie którego rodzic otrzymuje świadczenia w wysokości 67 proc. dotychczasowych zarobków. W przypadku gdy tylko mama zdecyduje się na urlop, zostaje on skrócony do 12 miesięcy. Rodzina dostaje też 150 euro miesięcznie na każde dziecko (Kindergeld) do 18. roku jego życia.

Popularność Berlina łatwo zrozumieć już przy wynajęciu mieszkania. W paryskiej dzielnicy o standardzie życia porównywalnym do Prenzlauer Berg za kawalerkę trzeba zapłacić około 800 euro. W Berlinie ceny są średnio o połowę niższe. Jednak w starzejącej się Europie nie same pieniądze zapewniają wyższe wskaźniki - liczy się sprzyjający klimat. 'W Londynie drogi moje i Dominique rozchodziły się o wpół do dziewiątej rano - mówi Mike, aktor i reżyser teatralny, który przed kilkoma miesiącami z żoną i czworgiem dzieci (od 1,5 roku do 9 lat) przeprowadził się do Berlina i zamieszkał na Prenzlauer Berg. - Ona zawoziła samochodem dzieci do szkoły, ja przez godzinę jechałem metrem do centrum miasta'. I choć taki wydaje się los mieszkańca dużego miasta, w Berlinie zaczęli żyć bez samochodu, dzieci do szkół zawożą rowerami (w deszczowe dni - tramwajem spod domu). Rowerzyści świadczą o jakości współczesnego miasta, niczym raki o czystości jeziora, są oznaką tego, że miasto jest sprawnie i bezpiecznie zorganizowane. Wprowadzenie roweru do berlińskiego tramwaju lub metra nie jest niedorzecznym pomysłem (tramwaje są tu szerokie jak autobusy, autobusy ciche jak tramwaje, metro liczy sobie 170 stacji, a miejska kolejka - 330 km torów).

'Pierwsze, co Anglikowi rzuca się tu w oczy, to ilość drzew i szerokość chodników - mówi Mike. - W Londynie można takie znaleźć chyba jedynie w okolicach pałacu Buckingham. A do tego każdy dzień jest tutaj trochę jak niedziela'. Przed zajęciami Mike pije kawę i siedzi przed laptopem w kawiarni. 'W Londynie byłoby to nie do pomyślenia - mówi. - Traciłbym zbyt wiele cennego czasu'.

Rankiem przez Prenzlauer Berg sunie sznur rowerów, wiele z przyczepami dla maluchów, lub - co niewyobrażalne gdzie indziej - z maluchami sunącymi na własnych minirowerach obok (biada temu, kto wejdzie na czerwoną ścieżkę; w obronie swych rowerowych praw pacyfistyczny z reguły berlińczyk potrafi wypalić z grubej rury). W południe na kawiarnianych stolikach pienią się mleczne kawy, na targowych straganach zalega biozielenina, na słupach powiewają ogłoszenia: o nowym przedszkolu dla dzieci z rodzin dwujęzycznych, o cotygodniowych zajęciach jednego z lokalnych joginów, o pchlim targu organizowanym w sobotę przez mieszkańców kamienicy za rogiem... Kiedy sznur rowerów wraca z miasta, wózki toczą się pojedynczo lub grupami w stronę placów zabaw. Wokół huśtawek i zjeżdżalni - w kształcie zamków, okrętów, fantazyjnych budowli z drewna - koczuje wielonarodowy tłum. Na piasku leżą ojcowie i sennie klepią babki, na ławkach matki popijają kawę na wynos, na kamiennych stołach grają w ping-ponga bezdzietni. Wieczorem na spacer wychodzą psy (bez kagańców i zazwyczaj bez smyczy), restauracje kuszą zapachami i wydaje się, że jedynym problemem, z jakim mieszkańcy Prenzlauer Berg muszą sobie radzić w życiu, jest codzienne parkowanie samochodu na zapchanych ulicach.

Dzisiejszy Prenzlauer Berg to szczególny przypadek na mapie Berlina, to historia, która zmieniła swój bieg. Dzielnica powstała pod koniec XIX wieku, kiedy miasto rosło jak na drożdżach: w 1875 roku berlińczyków było milion, a w 1920 - już cztery. Na jego ówczesnych obrzeżach zaczęto stawiać czteropiętrowe kamienice dla robotniczych mas, zwane 'czynszowymi koszarami', o małych, zwykle dwupokojowych, mieszkaniach i kwadratowych podwórkach z drzewem pośrodku. Ponieważ niewiele więcej poza nimi budowano, dzielnica nie stała się strategicznym celem wojennych nalotów, dzięki czemu ponad 70 proc. domów nadawało się po 1945 roku do ponownego zamieszkania. W szczytowych latach socjalizmu 'smutna spuścizna kapitalistycznej pogoni za zyskiem', jak określały Prenzlauer Berg enerdowskie kroniki filmowe, drzemała w cieniu wznoszonej przy Alexanderplatz wieży telewizyjnej oraz reprezentacyjnej alei Karola Marksa budowanej z bratnim rozmachem. Na powierzchni 11 km kw. mieszkało już wkrótce 200 tys. osób. Tynk sypał się im na głowę, do toalety biegali na korytarz, a telewizory grzmiały, że do roku 1990 problem mieszkaniowy zostanie raz na zawsze rozwiązany.

Constanze przyjechała do Berlina w 1997 roku. XXI wiek przywitała w mieszkaniu ogrzewanym węglem, w kamienicy pociętej radzieckimi kulami. 'Było bardzo romantycznie - przyznaje. - Żałuję, że nic z tego nie zostało'. Po upadku muru berlińskiego w stolicy zjednoczonych Niemiec doszło do migracji. Na 'dziki' Wschód zaczęli zjeżdżać młodzi z Zachodu - za przygodą, w ramach kontestacji, bo mieszkania można było tanio wynająć lub najzwyczajniej w świecie zająć pod artystyczną komunę. Ich dotychczasowi lokatorzy wynosili się czasami na Zachód, a zazwyczaj jeszcze dalej - na Wschód.

Do dzisiaj słychać różne opinie na temat tego, dlaczego rdzenni mieszkańcy wyjechali. Jedni mówią, że przegoniła ich fala młodych yuppie z Zachodu, inni - że z odrapanych kamienic uciekli do upragnionych bloków. Jakkolwiek było, dane demograficzne pozwalają wyobrazić sobie panujący wówczas ruch - liczba mieszkańców Prenzlauer Berg nie tylko spadła o jedną czwartą, ale aż 80 proc. z obecnych 150 tys. zjawiło się tu po roku 1993.

W byłej republice demokratycznej zaczął się remont. Na Prenzlauer Berg utworzono pięć stref pod specjalnym nadzorem, wymagających kapitalnych robót. Ruszyły rządowe dotacje na modernizację kamienic, ulgi podatkowe dla inwestorów, dopłaty do renowacji mieszkań. Na okolice Kollwitzplatz - kilkanaście ulic uznawanych za pokazową część Prenzlauer Berg i według niektórych odremontowanych 'na śmierć' - wydano w latach 1993-2007 130 mln euro. Constanze z córką i psem mieszkają przy placu zabaw Marie - z dużym kawałkiem trawy, na którym postawiono niedawno studnię abisyńską, małym ogrodem, gdzie pod okiem opiekunów dzieci zajmują się roślinami, zwierzętami i budują konstrukcje z desek, do tego karuzela, piaskownica, miniboisko i bieżnia. Jeszcze przed dziesięcioma laty na Marie stał gmach, z którego swego czasu do akcji ruszały wozy ludowej milicji i straży pożarnej. Budynek nadawał się do rozbiórki, a na jego miejscu planowano nową siedzibę policji.

Tymczasem tempo życia w dzielnicy zwolniło, przybysze z Zachodu łączyli się w pary, rodziły się dzieci, brakowało zieleni i skwerów. Constanze (która, mówiąc o społecznym zaangażowaniu, wyraz 'solidarność' wymawia po polsku) dołączyła do ochotników działających charytatywnie na rzecz dzielnicy. To oni zaproponowali, żeby na Marie powstał plac zabaw według pomysłów dzieci z okolicznych szkół i przedszkoli. Władze wydały tymczasowe pozwolenie. 'Zakładali, że rodzice z dziećmi wkrótce stąd wyjadą i będzie można postawić komisariat' - mówi Constanze, która w przyszłym roku będzie kandydować do Bundestagu z ramienia partii Zielonych.

Przed rokiem w tygodniku 'Die Zeit' ukazał się reportaż, który odbił się w dzielnicy szerokim echem. Jego autor dał do zrozumienia, iż Prenzlauer Berg to może i eksperymentalny zalążek nowej Europy - otwartej, rodzinnej, pełnej troski o środowisko - ale w istocie tworzącej nowe podziały, izolującej się od świata własnymi snobizmami. To modna dzielnica ludzi parających się wolnymi zawodami, którym dobrze się wiedzie, a dla których na co dzień bułki pieką Turcy, warzywa sprzedają Wietnamczycy, ryż gotują Tajlandczycy. Bo choć mówi się tu wieloma językami, zaś po angielsku równie łatwo jest się porozumieć jak po niemiecku, dzielnica nie jest wcale wielokulturowym tyglem. Panuje tu jednolita, paneuropejska kultura subtelnego dostatku, na który składają się niedzielne śniadania w restauracjach i kawiarniach ciągnące się obowiązkowo do późnego popołudnia, sklepy ze zdrową żywnością (w nowo otwartym dwupoziomowym biomarkecie można kupić wszystko, od organicznego mięsa po ekologiczny proszek do prania) oraz eleganckie usługi w stylu salonu fryzjerskiego, który podczas strzyżenia oferuje klientom zrobienie biozakupów tudzież umycie samochodu.

Cokolwiek by o tym wszystkim sądzić, warto w niedzielę przejść się po Prenzlauer Berg.

Źródło: Wysokie Obcasy

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

5

1 głos

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne