Życie często nam robi dowcipy, które wcale nie są śmieszne. Albo trzeba się nauczyć z nich śmiać, albo od razu najlepiej się pochlastać - taką mniej więcej filozoficzną poradę życiową usłyszałem, robiąc wywiad z Terrym Pratchettem.
Praca dziennikarza trochę przypomina studencką zasadę trzech zet (zakuć, zdać, zapomnieć), rzadko mi się więc zdarza pamiętać latami to, co mi powiedział jakiś aktor czy pisarz. Ten cytat z Pratchetta jednak wypalił mi się złotymi literami gdzieś wewnątrz czaszki, od tego czasu służy mi jako życiowe filozoficzne motto.
Dwa lata temu miłośników prozy Pratchetta poraziła wiadomość o zdiagnozowaniu u niego początkowego stadium choroby Alzheimera. Było to na kilka miesięcy przed 60. urodzinami pisarza. Pratchett zgodnie ze swą maksymą potraktował chorobę jako kiepski żart. Na swojej stronie internetowej ogłosił, że z góry dziękuje wszystkim ludziom chcącym mu teraz przysłać maile treści "co możemy zrobić, by pomóc", ale prosi, żeby powstrzymali się przed ich wysyłaniem, o ile nie należą do światowej ekstraklasy specjalistów od neurochemii mózgu.
W obliczu śmiertelnej choroby wielu ludzi przeżywa religijne nawrócenie. Ale nie Pratchett, który mawiał o sobie, że jest dziewiętnastowiecznym ateistą - mającym osobisty żal do Pana Boga o to, że mu się nawet istnieć nie chce. Pytany o to, czy nawrócił się za sprawą swojej choroby, odpowiedział, że nie mógłby uwierzyć w kogoś, kto podrzucił to coś do jego głowy.
Pratchett na pewien czas porzucił pisanie, czemu trudno się dziwić. Nawet gdyby chodziło o inną równie poważną chorobę, to chyba każdy w tej sytuacji po prostu nie miałby głowy do pisania fantastyki. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z chorobą, w której głowę do pisania traci się i tak, kawałeczek po kawałeczku.
Pisarz ogłosił, że rezygnuje z prowadzenia samochodu, bo samochodem mógłby komuś zrobić krzywdę, ale nie zrezygnuje z pisania powieści - dopóki jeszcze są wydawcy gotowi je publikować. W tym roku ma się pojawić nowa książka z cyklu "Świat Dysku", mająca być satyrą na środowisko piłkarzy i działaczy futbolowych. Zobaczymy więc, czy choroba raczej przeszkadza, czy raczej pomaga w zajmowaniu się tym tematem.
Na razie jednak możemy pocieszać się wcześniejszymi utworami pisarza, w tym bardzo sympatyczną trylogią o Johnnym Maxwellu, którą właśnie w jednym (dość grubym) tomie wznowił Rebis.
Johnny jest nastoletnim uczniem pewnej brytyjskiej prowincjonalnej szkoły, który za sprawą nadprzyrodzonych zbiegów okoliczności komunikuje się z obcymi cywilizacjami, ze zmarłymi na pobliskim cmentarzu oraz podróżuje w czasie.
Są to w zasadzie powieści adresowane do czytelników równie młodych jak ich bohater, ale jednocześnie - jak to u Pratchetta - zawierają dość refleksji na przykład na temat społeczeństwa obywatelskiego albo relacjonowania przez media pierwszej wojny w Zatoce, żeby były ciekawą lekturą także dla dorosłego.
Może gdzieś na świecie jest chłopiec równie rozbrykany i zarazem szlachetny jak główny bohater tego cyklu - który po ukończeniu (z trudem) podstawówki pójdzie na biochemiczne
studia, po których zostanie już specjalistą godnym wysłać pisarzowi list typu "co mogę zrobić, by pomóc"?
Na razie medycyna zna tylko jeden pewny sposób na to, by uniknąć choroby Alzheimera. Terry Pratchett ogłosił go światu ze swoim typowym poczuciem humoru: trzeba umrzeć przed czterdziestką.