Zamów indywidualną dietę! Wykonaj bezpłatną analizę i rozpocznij odchudzanie już dziś.
>
Andrzej Zarębski z "Gazety" w Płocku, schudł 21 kg To już trzy miesiące? Trudno uwierzyć. Zwłaszcza w to, że tak stanowczo i ortodoksyjnie podporządkowałem się diecie. Jeść w miarę regularnie i do tego pięć razy dziennie? I do tego pracować w "Gazecie"? Niemożliwe! A jednak. Nie będę ściemniał. Nie przystępowałem do akcji z wielkim przekonaniem. W lutym ważyłem 132 kg.
Wydruk diety z Vitalii.pl na cały tydzień był wyrokiem. I strasznym obciążeniem dla domowego budżetu. Trzeba było kombinować z tymi jogurtami, plasterkami wędliny cieniutkimi tak, że świat można przez nie oglądać. Koniec z gotowaniem w sobotę obiadu na kilka dni dla całej rodziny. Nie dane mi było zjeść ukochanego rosołu i pieczonych skrzydełek. Ale najbardziej bolał i boli do dzisiaj żelazny punkt diety - herbata bez cukru! Choćbym skisł, nigdy takiej nie wypiję. Będę żył wspomnieniami herbatki parzonej obowiązkowe trzy minuty, z dwiema łyżeczkami cukru, plasterkiem cytryny i mieszanej w lewą stronę. Ech...
Zawzięte bydlę jestem i trwam. Mimo grzeszków - zdarzyło mi się napić z żoną zimnego piwa, czerwonego wina i zjeść skrzydełka, no i wypić wódeczkę z Panem Matysem w Kielcach na finale play-off piłkarzy ręcznych. Nie przegiąłem jednak, a wszystko sumiennie odpracowałem na siłowni, gdzie spędzam po 2,5 godziny pięć razy w tygodniu. Ale na pewno nie dałbym rady bez Kasi, mojej żony. To ona jest strażnikiem mojej diety. To ona wie najwięcej o tym, co jem. Już dziś gotowa jest sama ułożyć mi tygodniowy jadłospis tak, żeby wszystko grało i żeby jeszcze jakimś daniem swojemu "misiowi" dogodzić. Ostatnio pewnego słonecznego poranka objęła mnie mocno i... - Jejku, do kogo ja się teraz będę przytulać? - skonstatowała z nutką żalu w głosie.
Bo tak się złożyło, że dieta połączona z wysiłkiem fizycznym dała piorunujący efekt. Dziś ważę 111 kg i wierzę, że do końca akcji jeszcze mnie ubędzie.
Coraz częściej spotykam się z miłymi komentarzami. Pani w polo, u której na stoisku kupuję warzywa, aż dech w piersiach zapiera, gdy mnie widzi. Raz ją minąłem, odwróciłem się tknięty jakimś dziwnym przeczuciem. Akurat koleżance pokazywała dłońmi, że teraz to ja mam tyłeczek.
W innym sklepie ekspedientki, które z rozbawieniem ważą mi moje obiadowe porcje mięsne, zgodnym chórem się martwią: - Zniknie nam pan niedługo!
A dzisiaj na siłowni, gdy tylko wszedłem, obstąpili mnie koledzy Marcin i Jarek.
- Chudniesz nam w oczach - mówią. - Gdybyśmy cię miesiąc nie widzieli, na pewno byśmy cię nie poznali.
Mariusz Orłowski z Telewizji Kablowej Toruń, schudł 14,5 kg Zaczęło się od tego, że już po prostu nie mogłem patrzeć na siebie w telewizji. Na ekranie wyglądałem jak bezkształtna bryła. Załamałem się, kiedy okazało się, że ledwie mogę zawiązać buty, bo przeszkadza mi brzuch. Postanowiłem się odchudzać na początku roku, kiedy waga pokazywała 93 kg. Kupiłem rower stacjonarny i zacząłem pedałować. Daleko bym pewnie nie ujechał, bo bez diety nie da rady zrzucić kilogramów. I wtedy zadzwoniła do mnie "Gazeta". Udział w akcji spadł mi z nieba, od razu wiedziałem, że publiczna deklaracja sprawi, że tym razem wytrwam. Tym bardziej że w przypadku dziennikarza telewizyjnego nie ma mowy o żadnym szachrajstwie - kamera pokaże wszystko.
Początki były pełne zapału, ale wcale niełatwe. Dotąd miałem totalne parcie na żarcie. Jak wieczorami przychodziłem do domu, wciągałem wszystko jak odkurzacz. Uwielbiałem słodycze, kawę ze śmietanką i tradycyjną polską kuchnię. Ale się zawziąłem i zacząłem przestrzegać diety Vitalii.pl. Na szczęście nie był to jeden z tych katorżniczych jadłospisów, o jakich się słyszy, w repertuarze były np. smaczne mięsa. Co nie znaczy, że nie miałem czasem dość. W pewnym momencie od wcinania na okrągło sałaty, papryki i ogórków zielony kolor tak mi obrzydł, że nawet blog zmieniłem na niebieski.
Zacząłem też intensywnie ćwiczyć pod okiem trenera. Kilka razy jednak dałem sobie dyspensę. Nieźle podjadłem na chrzcinach i komunii. Największe obżarstwo było jednak w Wielkanoc: pasztety, żur, biała kiełbasa, galantyna z kurczaka, babka, sernik. Bo nie można być dla siebie katem. Ale odpuszczać też nie ma co, dlatego zawsze po wyżerce szedłem na siłownię i wracałem do rygorystycznej diety.
Nowe nawyki żywieniowe i codzienna dawka sportu weszły mi już w krew. Na konferencjach prasowych nawet nie tykam ciastek. Sporo ludzi mi gratuluje. Ostatnio kolega nie poznał mnie na ulicy! I nie mam co na siebie włożyć. Wróciłem do rozmiaru, który nosiłem w 1992 r. Krawcowa powiedziała, że nie podejmie się tak radykalnych przeróbek, więc portfel cierpi. Zadowolony jest z tego mój ojciec, który nosi teraz po mnie całkiem przyzwoite ciuchy.
Czuję się jak nowo narodzony. Nie chrapię, rano nie wstaję z łóżka jak potłuczony. Przeczytałem, że aby ustrzec się efektu jo-jo, powinienem taki styl życia prowadzić przez co najmniej trzy lata. Myślę, że zostanę przy nim na stałe.
Agnieszka Józefacka z "Gazety" w Łodzi, schudła 12 kg Takich wyzwań jak ostatnie miałam już mnóstwo. Phi, co to dla mnie? Bieg na setkę poniżej 10 sekund - luzik. Szus z lodowca Gstaad w Szwajcarii? Nie ma sprawy. Pływanie, tenis, szachy na poziomie olimpijskim - bułka z masłem. No, w szachy nie grają na olimpiadzie. Ale gdyby, to kto wie?
Teraz miałam schudnąć parę kilo. Motywacja silna jak cholera. Zabrałam się ze zwyczajowym zapałem. Jednak już po chwili poczułam jak lód, na który wstąpiłam, niebezpiecznie zadrżał. Nie zjeść tego, na co mam ochotę? Nie wypić tego, co lubię? W grafik dnia wpisać jakieś podskoki, zbędny wysiłek? Upokorzenie. Orwellowska masakra!
Pomogła bezwzględna, metalowa, okrutna, zero-jedynkowa wskazówka łazienkowej wagi. Próbowałam się jakoś dogadać, przekonać, ponegocjować. Nic! Nie chciała słuchać. Jechała zawsze na najwyższe piętro, opróżniając przy okazji moją lodówkę z wszystkich łakoci, które - z czego nie zdawałam sobie sprawy - stanowiły jeden z niepodważalnych uroków mojego radosnego obcowania z tłuszczykiem. Wygrałam z wagą 12:0. Porażka dla wagi i moich fascynacji czekoladą. Jeszcze nie umiem sobie radzić ze spojrzeniami brzydszej części populacji. Ale mam przeczucie, że z tego wyjdę. Ważne są nawyki. A te mam diametralnie inne. Waga mi już nie podskoczy!