http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Na Kubie wszystko się kończy. Oprócz komunizmu

Maciej Stasiński
2009-05-25, ostatnia aktualizacja 2009-05-24 17:11

Mieszkańcy Hawany pchają fiata 126p produkowanego kiedyś w Polsce. Zdjęcie z kwietnia br.
Mieszkańcy Hawany pchają fiata 126p produkowanego kiedyś w Polsce. Zdjęcie z kwietnia br.
Fot. Javier Galeano AP

- Oszczędności albo śmierć! - brzmi nowe hasło kubańskiego komunizmu. Światowy kryzys dobija dogorywającą gospodarkę wyspy, a reżim dobija społeczeństwo

Fidel Castro ze swoim młodszym bratem Raulem.
Fot. CRISTOBAL HERRERA AP
Fidel Castro ze swoim młodszym bratem Raulem.
SERWISY
Przez pół wieku kubański dyktator Fidel Castro co chwilę kazał rodakom za coś umierać. Najczęściej jednak za ideologię: a to za rewolucję, a to za socjalizm, a to za ojczyznę śmiertelnie zagrożoną przez amerykański imperializm.

Tym razem schorowanego, sędziwego i od dwóch lat nieobecnego fizycznie w życiu publicznym dyktatora zastąpił naczelny propagandzista, szef partyjnego organu "Granma" Lazaro Berreto.

Po kilku ostrzeżeniach ze strony ministrów rządu, że w gospodarce nadciągają jeszcze cięższe czasy niż te, do których Kubańczycy są przyzwyczajeni, w sobotnim numerze dziennika Berreto napisał: "Powaga sytuacji jest tak wielka, że jeśli politycznie mówimy: Ojczyzna albo śmierć, to gospodarczo, bez cienia przesady, musimy powiedzieć: Oszczędność albo śmierć!".

Barreto przypomniał Kubańczykom litanię zwyczajowych zaklęć: "Władze domagają się racjonalniejszego zużycia energii. Kraj potrzebuje ograniczenia kosztów produkcji. Konieczne są środki w celu zwiększenia produkcji i zaprzestania marnotrawstwa potencjału, pełnego wykorzystania dnia roboczego, wyciśnięcia wszystkich soków z parku maszynowego zakładów pracy i dóbr inwestycyjnych. Nie możemy dłużej utrzymywać nierównowagi handlu zagranicznego, gdzie 78 proc. obrotów to import, a tylko 22 proc. eksport".

Nad Kubańczykami zawisła groźba najcięższego kryzysu od 1991 r., kiedy upadły Związek Sowiecki wstrzymał idące w miliardy dolarów rocznie dotacje dla Kuby i poziom życia gwałtownie się obniżył.

Reżim wyjaśnia od kilku tygodni, że wyspę czeka kolejna zapaść energetyczna. Ministrowie ostrzegają, że z początkiem czerwca wrócą wielogodzinne wyłączenia prądu w domach. Od czasu upadku ZSRR były one codziennością, ale w ostatnich dwóch latach były rzadsze dzięki dostawom taniej ropy z dotującej dziś Kubę Wenezueli.

W związku z kryzysem ministerstwo gospodarki i planowania obcięło prognozy gospodarcze na 2009 r. Jeszcze niedawno zapowiadało 6 proc. wzrostu PKB, ale wczoraj skorygowało je na 2 proc. Jednak emigracyjny Ośrodek Studiów nad Gospodarką Kuby uważa, że będzie znacznie gorzej - kubańska gospodarka skurczy się o co najmniej o 0,5 proc.

Przyczyna to światowy kryzys, który szczególnie boleśnie odbija się na skrajnie niewydolnej kubańskiej gospodarce.

Wyspa produkuje coraz mniej zarówno na eksport, jak i na potrzeby własne. Ceny zaś na nieliczne eksportowane przez nią surowce, jak nikiel lub ropa, którą Kuba dostaje od Wenezueli i odsprzedaje, spadają. Coraz mniejsze są też dochody z turystyki dewizowej.

Za to Kuba coraz więcej i coraz drożej sprowadza z zagranicy, m.in. ponad 80 proc. potrzebnej żywności pochodzi z importu, w większości z USA, chociaż ponad połowa ziemi uprawnej na wyspie leży odłogiem. System kartkowy trwa na wyspie od prawie 50 lat, a chronicznego braku podstawowej żywności nie uzupełnia rachityczne rolnictwo prywatne.

Towarów zaczyna brakować już w sklepach dewizowych, gdzie to, czego nie ma na normalnym rynku, Kubańczycy mogli dostać za dolary. Reżim przestaje też płacić firmom zagranicznym, które zainwestowały kapitał w przedsiębiorstwa mieszane z państwem kubańskim, oraz wstrzymał wypłaty gotówkowe z kont zagranicznych firm w bankach. Kryzysu finansowego nie łagodzą już nawet wpływy z przysyłanych rodzinom przez blisko 2 mln emigrantów przekazów pieniężnych, zwłaszcza z USA. One też spadają, bo dochody amerykańskich Kubańczyków także się kurczą.

Reżim wzywa więc Kubańczyków, by ratunku poszukali w wydźwignięciu zrujnowanego rolnictwa. "Naszym wielkim paradoksem jest to, że rozwinęliśmy naukę na miarę pierwszego świata, ale wydajność naszego rolnictwa jest czwartoświatowa" - napisał naczelny "Granmy".

Nie wiadomo jednak, jak Kubańczycy mieliby to zrobić. Od kilku miesięcy rząd próbuje co prawda oddawać "nieczynną" państwową ziemię prywatnym rolnikom w wieloletnią dzierżawę, ale z braku narzędzi, nawozów, nasion i pieniędzy skutków tej "reformy rolnej" nie widać. Tym bardziej że jednocześnie władze nie przestają polować na "spekulantów" i wszelki "czarny rynek", który szczególnie rozkwitł, gdy w zeszłym roku wyspę spustoszyły huragany, niszcząc ogromne połacie zasiewów i powodując straty rzędu 20 mld dol.

Poziom życia Kubańczyków stale spada - w ubiegłym roku nominalna płaca wzrosła o 1,5 proc. (do równowartości ok. 20 dol.), podczas gdy inflacja podskoczyła o 5 proc.

Reżim wciąż uważa, że głównym źródłem gospodarczej zapaści jest amerykańskie embargo handlowe, i domaga się jego bezwarunkowego zniesienia. W kwietniu br. prezydent Barack Obama obiecał Kubie odwilż w stosunkach, a nawet zniesienie embarga, jeśli tylko władze uwolnią więźniów politycznych i rozpoczną reformy demokratyczne. Po początkowych wahaniach swego brata i formalnego prezydenta Raula faktyczny dyktator Fidel Castro odpowiedział na początku maja, że o żadnych demokratycznych gestach mowy być nie może.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':