Przez pół wieku kubański dyktator Fidel Castro co chwilę kazał rodakom za coś umierać. Najczęściej jednak za ideologię: a to za rewolucję, a to za socjalizm, a to za ojczyznę śmiertelnie zagrożoną przez amerykański imperializm.
Tym razem schorowanego, sędziwego i od dwóch lat nieobecnego fizycznie w życiu publicznym dyktatora zastąpił naczelny propagandzista, szef partyjnego organu "Granma" Lazaro Berreto.
Po kilku ostrzeżeniach ze strony ministrów rządu, że w gospodarce nadciągają jeszcze cięższe czasy niż te, do których Kubańczycy są przyzwyczajeni, w sobotnim numerze dziennika Berreto napisał: "Powaga sytuacji jest tak wielka, że jeśli politycznie mówimy: Ojczyzna albo śmierć, to gospodarczo, bez cienia przesady, musimy powiedzieć: Oszczędność albo śmierć!".
Barreto przypomniał Kubańczykom litanię zwyczajowych zaklęć: "Władze domagają się racjonalniejszego zużycia energii. Kraj potrzebuje ograniczenia kosztów produkcji. Konieczne są środki w celu zwiększenia produkcji i zaprzestania marnotrawstwa potencjału, pełnego wykorzystania dnia roboczego, wyciśnięcia wszystkich soków z parku maszynowego zakładów pracy i dóbr inwestycyjnych. Nie możemy dłużej utrzymywać nierównowagi handlu zagranicznego, gdzie 78 proc. obrotów to
import, a tylko 22 proc. eksport".
Nad Kubańczykami zawisła groźba najcięższego kryzysu od 1991 r., kiedy upadły Związek Sowiecki wstrzymał idące w miliardy dolarów rocznie dotacje dla Kuby i poziom życia gwałtownie się obniżył.
Reżim wyjaśnia od kilku tygodni, że wyspę czeka kolejna zapaść energetyczna. Ministrowie ostrzegają, że z początkiem czerwca wrócą wielogodzinne wyłączenia prądu w domach. Od czasu upadku ZSRR były one codziennością, ale w ostatnich dwóch latach były rzadsze dzięki dostawom taniej ropy z dotującej dziś Kubę Wenezueli.
W związku z kryzysem ministerstwo gospodarki i planowania obcięło prognozy gospodarcze na 2009 r. Jeszcze niedawno zapowiadało 6 proc. wzrostu
PKB, ale wczoraj skorygowało je na 2 proc. Jednak emigracyjny Ośrodek Studiów nad Gospodarką Kuby uważa, że będzie znacznie gorzej - kubańska gospodarka skurczy się o co najmniej o 0,5 proc.
Przyczyna to światowy kryzys, który szczególnie boleśnie odbija się na skrajnie niewydolnej kubańskiej gospodarce.
Wyspa produkuje coraz mniej zarówno na
eksport, jak i na potrzeby własne. Ceny zaś na nieliczne eksportowane przez nią surowce, jak nikiel lub ropa, którą Kuba dostaje od Wenezueli i odsprzedaje, spadają. Coraz mniejsze są też dochody z turystyki dewizowej.
Za to Kuba coraz więcej i coraz drożej sprowadza z zagranicy, m.in. ponad 80 proc. potrzebnej żywności pochodzi z importu, w większości z
USA, chociaż ponad połowa ziemi uprawnej na wyspie leży odłogiem. System kartkowy trwa na wyspie od prawie 50 lat, a chronicznego braku podstawowej żywności nie uzupełnia rachityczne rolnictwo prywatne.
Towarów zaczyna brakować już w sklepach dewizowych, gdzie to, czego nie ma na normalnym rynku, Kubańczycy mogli dostać za dolary. Reżim przestaje też płacić firmom zagranicznym, które zainwestowały kapitał w przedsiębiorstwa mieszane z państwem kubańskim, oraz wstrzymał wypłaty gotówkowe z kont zagranicznych firm w bankach. Kryzysu finansowego nie łagodzą już nawet wpływy z przysyłanych rodzinom przez blisko 2 mln emigrantów przekazów pieniężnych, zwłaszcza z USA. One też spadają, bo dochody amerykańskich Kubańczyków także się kurczą.
Reżim wzywa więc Kubańczyków, by ratunku poszukali w wydźwignięciu zrujnowanego rolnictwa. "Naszym wielkim paradoksem jest to, że rozwinęliśmy naukę na miarę pierwszego świata, ale wydajność naszego rolnictwa jest czwartoświatowa" - napisał naczelny "Granmy".
Nie wiadomo jednak, jak Kubańczycy mieliby to zrobić. Od kilku miesięcy rząd próbuje co prawda oddawać "nieczynną" państwową ziemię prywatnym rolnikom w wieloletnią dzierżawę, ale z braku narzędzi, nawozów, nasion i pieniędzy skutków tej "reformy rolnej" nie widać. Tym bardziej że jednocześnie władze nie przestają polować na "spekulantów" i wszelki "czarny rynek", który szczególnie rozkwitł, gdy w zeszłym roku wyspę spustoszyły huragany, niszcząc ogromne połacie zasiewów i powodując straty rzędu 20 mld dol.
Poziom życia Kubańczyków stale spada - w ubiegłym roku nominalna płaca wzrosła o 1,5 proc. (do równowartości ok. 20 dol.), podczas gdy
inflacja podskoczyła o 5 proc.
Reżim wciąż uważa, że głównym źródłem gospodarczej zapaści jest amerykańskie embargo handlowe, i domaga się jego bezwarunkowego zniesienia. W kwietniu br. prezydent Barack Obama obiecał Kubie odwilż w stosunkach, a nawet zniesienie embarga, jeśli tylko władze uwolnią więźniów politycznych i rozpoczną reformy demokratyczne. Po początkowych wahaniach swego brata i formalnego prezydenta Raula faktyczny dyktator Fidel Castro odpowiedział na początku maja, że o żadnych demokratycznych gestach mowy być nie może.