Wyglądało to jak wspominkowe spotkanie po latach, choć miało w sobie odrobinę perwersji. Duża sala urzędu gminy w podhalańskich Szaflarach. Stoły ustawione w trzy rzędy, kawa, herbata, ciasteczka. Idzie o to, by ludzie poczuli się bezpieczne, uruchomili pamięć.
- Bocycie, pamiętacie? - pyta Stasia Trebunia-Staszel, doktor etnografii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, starą góralkę z włosami ukrytymi w chuście (tego popołudnia będzie raz po raz skakać z gwary w literacką polszczyznę). - Pleban, dzieci ubrane po góralsku, uroczystość.
- Komunijo świynto - odpowiada góralka.
- Patrzcie uważnie: przystrojone wejście, te dzieci. Nom zależy, bo wy o tym wicie.
- Ni opuscałam nic w kościele. Ni boce, chyba co było dawno.
Gośćmi w sali urzędu gminy są ludzie w wieku sześćdziesiąt plus. Obok nich etnografowie z UJ. Wszyscy wpatrują się w czarno-białe zdjęcia wyświetlane na ekranie rzutnika: chwila milczenia, a potem głośne komentarze.
- Helena Walkosz, rocznik 40 - mówi do mikrofonu Stasia Trebunia-Staszel.
- To bedzie moja siostra - odpowiada głos z sali.
- Żyje?
- Ni. Zmarła trzy lata temu.
- Maria Stanek albo Stasik; tak niewyraźnie zapisali.
- To by Stasikowa była. Albo Stanek z Zaskala. Dziecko. Po wojnie umarło.
- Władysław Szaflarski.
- Kubuścyn po przydomku. Żyje. Fanatyk sportu.
- Jan Gaudyn.
- Kupa u nos Gaudynów. Abo to tyn przy moście, Jasiek. Ale nie, telo roków ni ma.
- Anna Kalata.
- Kalatów tyz pełno.
I tak dalej. Rocznik '39, '38, '37, '20, '19. Aż dziw, jak wielu żyje.
Gdy na ekranie pojawi się fotografia z dzieciństwa lub wczesnej młodości kogoś obecnego na sali, rozlegają się brawa i głośny śmiech. I właśnie to zdaje się lekko perwersyjne, choć trudno dziwić się radości, gdy się ogląda własną młodziutką twarz. Gdyż mamy do czynienia ze zdjęciami szczególnej natury.
Źródło: Gazeta Wyborcza