Jest w "Kosmosie" Gombrowicza pamiętna scena: Witold długo i bezmyślnie wpatrując się w ścianę, dostrzega nagle w plątaninie rys, plamek i pęknięć kształt strzałki, a więc, jak sądzi, znak nieprzypadkowy, który kieruje go w określoną stronę i wyznacza jego współrzędne, a tym samym narzuca porządek na całą rzeczywistość powieściowego bohatera. Od tego czasu wszystko, nawet pozornie trywialne przedmioty, takie jak patyk czy ślad na murze, zamieniają się dla niego w ważne znaki domagające się odczytania.
> O podobnej obsesji doszukiwania się wszędzie znaków pisał Thomas Pynchon w swojej drugiej powieści, "49 idzie pod młotek", powstałej w połowie lat 60. - niemal w tym samym czasie co Gombrowiczowski "Kosmos". Banalna rzeczywistość amerykańskiego Zachodniego Wybrzeża, gdzie osadzona jest akcja, zamienia się w zaszyfrowaną wiadomość: dziecięce rysunki na chodniku postrzegane są jako tajemnicze znaki, a pozornie przypadkowe błędy drukarskie na znaczkach pocztowych są zakodowanymi komunikatami. Bohaterka Pynchona nie może oprzeć się wrażeniu, że świat próbuje jej coś ważnego powiedzieć. Rzeczy, które dla postronnego obserwatora byłyby pozbawionym znaczenia szumem, układają się dla niej w misterny wzór i zaczynają mówić. Z przypadkowych wydarzeń i przedmiotów wyłania się coraz bardziej skomplikowana podziemna historia.
> Pynchon, podobnie jak Gombrowicz, wielokrotnie wracał do tego tematu w przekonaniu, że umysł ludzki nie potrafi istnieć w świecie pozbawionym sensu: nie umie przyjąć rzeczy takimi, jakie są, natychmiast bowiem doszukuje się w nich ukrytych znaczeń w obawie, że w przeciwnym razie świat zamieni się w pole działania sił przypadku i chaosu. Obaj pisarze wiedzieli, że choć takie przekuwanie chaosu w ład, czyli w kosmos, jest naturalną dążnością umysłu, może przekształcić się w prowadzącą do obłędu obsesję. Jeśli zaś chodzi o wiedzę na temat odmian współczesnej nam, codziennej paranoi, mało który pisarz równałby się z Pynchonem.
> "49..." bohaterce, Edypie Maas, wydaje się, że wpada na trop zakonspirowanej organizacji, która prowadzi nielegalną działalność kurierską, a której początki sięgają renesansu. Organizacja ma swoich kurierów, punkty kontaktowe i logo w kształcie trąbki z tłumikiem; zostawia sygnały swojej aktywności w miejscach najmniej spodziewanych, na murach i pojemnikach na śmieci, w piosenkach, serialach TV i tekstach literackich. Sieć niewidzialnych połączeń wiąże wyrzutków, szaleńców i nieudaczników, tworząc w oczach Edypy utopijną społeczność odrzuconych, alternatywny świat podziemia.
Kiedy ten obcy świat wkracza w codzienność Edypy, wydaje się, że doświadczamy trudnej do przyjęcia hierofanii - wtargnięcia w świecki obszar życia "transcendentnego sensu".
> Pynchon mierzy wysoko, proponując współczesną wersję legendy o świętym Graalu. Jej bohaterka o mitologicznym imieniu rusza bowiem na poszukiwanie prawdy ukrytej za dziwnymi znakami, które wokół siebie dostrzega. Gdy w finale pewnej sztuki usłyszy dziwne słowo Tristero, będzie przekonana, że musi to być nazwa tajnej organizacji, na której trop wpadła. Nazwa ta natychmiast połączy dotychczas rozproszone wątki prowadzonego przez Edypę śledztwa.
Poszukiwanie tej organizacji, początkowo podszyte tylko ciekawością, staje się wkrótce docieraniem do mitycznego Słowa, które otworzyłoby przed Edypą zaszyfrowaną rzeczywistość. Im jednak silniej chce znaleźć odpowiedzi, tym staje się to trudniejsze, bo prosta z początku historia szybko rozszerza się w czasie i przestrzeni. Giną też po kolei ludzie, którzy wydawali się w nią wplątani i mogliby coś na jej temat powiedzieć: ktoś popełnia samobójstwo, ktoś wpada w obłęd, ktoś inny wreszcie ucieka z nieletnią kochanką.
Zręcznie przez Pynchona prowadzony czytelnik gotów jest uwierzyć, że na końcu tej wędrówki w poszukiwaniu Graala czeka go odpowiedź, ale odpowiedzią tą może być odkrycie, że wszystkie tak misternie powiązane w śledztwie wydarzenia są przypadkowe i pozbawione sensu. Książka Pynchona, jak rasowa powieść detektywistyczna, prowadzi nieuchronnie do finału, która ma przynieść rozstrzygnięcie wspomnianych wątpliwości. Jaki jest koniec, a więc jaka jest odpowiedź na pytanie o ukryty sens naszego świata, nie chciałbym tu zdradzać, mając na uwadze tych, którzy po tę powieść dopiero sięgną. Powiem tylko, że rozwiązanie Pynchona jest tyleż nieuniknione, co zaskakujące.
> Pynchon wracał do tematu przypadku i chaosu wielokrotnie, wykorzystując motyw bohatera prowadzącego śledztwo i podejmującego wędrówkę w poszukiwaniu odpowiedzi. W swojej debiutanckiej powieści kazał bohaterom szukać sensu tytułowego "V." - tajemniczy, nieokreślony cel poszukiwań mógł być osobą, przedmiotem czy miejscem. W "Tęczy grawitacji" ilustracją nieokreśloności mógł być tor rakiety V-2, w której poszukiwaniu amerykański agent przemierzał powojenną Europę. W "Masonie i Dixonie" opowiedział historię o wyznaczeniu na podstawie pomiarów nieba i ziemi linii granicznej dzielącej amerykańskie stany południowe od północnych, próbującej wprowadzić ład w rzeczywistość, która w swojej przypadkowości daleka jest od uporządkowanych i składnych struktur geometrów.
W "49..." to poszukiwanie współczesnego Graala nie odbywa się w próżni, bo zanim wraz z bohaterką wyruszymy w detektywistyczną podróż, > Pynchon podsunie nam satyryczny obraz świata, który takiego Graala się domaga. To świat konsumpcji, banału i trywialnych wartości, a przede wszystkim niedający poczucia pewności, świat bez punktu oparcia, który pozwoliłby odróżnić rzeczywistość od iluzji, kłamstwa czy fikcji. W jednym z pierwszych rozdziałów powieści opis miłosnego zbliżenia dwojga bohaterów nakłada się na sprawozdanie z wyświetlanego w tym samym czasie telewizyjnego serialu. Jedynie uważna lektura pozwala rozróżnić, co dzieje się naprawdę, a co jest jedynie refleksem fikcyjnego świata. Pynchon wprowadza też do powieści postaci pozostające pod wpływem narkotyków, przede wszystkim charakterystycznego dla lat 60. LSD, które zaciera granicę między wizją a rzeczywistością. Dopiero na tle tak przetrąconego świata, w którym poczucie solidnej rzeczywistości zanika, możemy zrozumieć obsesyjne zainteresowanie bohaterki dotarciem do sedna nękającej ją tajemnicy.
"49..." to najkrótsza i najbardziej przystępna powieść Pynchona, choć o misternie splecionej fabule, z rozwidlającymi się na potęgę wątkami. Kiedy wydaje się, że poszukiwania wznoszą się na poziom niemal metafizyczny, pojawia się banalny szczegół, który sprowadza nas z powrotem do dobrze znanego, codziennego świata. Posługując się humorem i erudycją, a do tego biegle władając ironią, satyrą i parodią, Pynchon nie pozwala nam zająć stałej postawy wobec kreowanego przez siebie świata - ciągle musimy zmieniać ogniskową, niemal z każdą sceną dostosowując ją do nowego, wyłaniającego się z plątaniny sensów obrazu.
Trudno byłoby napisać przekonującą powieść współczesną, odwracając się od kultury masowej, stąd obok brawurowej parodii tragedii jakobińskiej czy ukłonów w stronę Sofoklesa, Szekspira i Nabokova mamy tu liczne nawiązania do muzyki Beatlesów, filmów noir, powieści detektywistycznych czy komiksu.
> Zresztą Pynchon, kandydat do literackiego Nobla, sam też już żyje w kulturze popularnej: stał się inspiracją dla twórców cyberpunku, powieści graficznej czy rocka, a nawet wystąpił w kreskówce "Simpsonowie", choć pilnie strzeże prywatności i nie daje się fotografować.
Jego twórczość, która wpłynęła na tak różnych pisarzy jak Rushdie, DeLillo, Jelinek czy Gibson, uchodzi za wzorcowy przykład postmodernizmu. Jeśli dla kogoś jest to nurt, który zamknięty w więzieniu języka odwraca się od świata, niech uważnie czyta Pynchona. Ilu bowiem znajdziemy pisarzy, którzy stworzyli równie przekonujący obraz współczesnej kultury i zagubionego w niej człowieka, jej osieroconego twórcy?
Źródło: Duży Format