Hanna Krall jest jedną z niewielu współczesnych pisarek, których teksty wystawia pan w swoim teatrze. Jak to jest pracować z żyjącym autorem?
Hanna Krall: Ja odpowiem. To koszmar. Żyjący autor to znacznie gorzej niż żyjący bohater. Współczuję panu Krzysztofowi.
Krzysztof Warlikowski: Z panią Hanną jest rzeczywiście inaczej niż z dramaturgami piszącymi specjalnie dla teatru, takimi jak Tony Kushner, autor "Aniołów w Ameryce". Jej teksty nie są teatralne, ich dramatyzm polega na czymś innym, powstaje pomiędzy słowami. To strumień zdarzeń, który próbujemy przełożyć na teatr.
Ale czy problem nie polega na tym, że żyjący autor pilnuje swego tekstu i nie pozwala na zmiany? Ajschylos nie zadzwoni do pana Warlikowskiego w środku nocy z pretensjami, że skreślił mu monolog. A pani Krall i owszem. Przy okazji słyszałem, że na jednej z prób zrobiła pani awanturę reżyserowi.
Hanna Krall: Pan Krzysztof włączył do mojej części przedstawienia tekst, którego nie napisałam. I mimo moich próśb nie usunął go.
Dlaczego to panią tak wzburzyło?
Hanna Krall: Bo to był tekst dotyczący konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Opowiadał o śmierci palestyńskiej dziewczynki zastrzelonej przez izraelskich żołnierzy. Dodanie tego fragmentu niebezpiecznie zmieniłoby sens całej historii. Gdyby go zostawić, z przedstawienia wynikałoby, że nasza bohaterka niepotrzebnie narażała życie, ratując Żydów podczas Zagłady, skoro oni teraz zabijają palestyńskie dzieci. Wydawało mi się to niemądre, nietrafne, niesprawiedliwe. Nie chciałam, aby Zagłada była z czymkolwiek porównywana.
Krzysztof Warlikowski: Nie chodziło mi o porównanie okrucieństwa nazistów i Żydów, ale o paradoks losu. Wnuk ocalonej z Zagłady uczestniczy w zabijaniu.
Hanna Krall: Ale panie Krzysztofie! Ten paradoks wszystko czyni dosłownym, wprowadza politykę, wprowadza doraźność.
Dlaczego pan się upiera przy tej palestyńskiej dziewczynce? Jej śmierć w kontekście Zagłady rzeczywiście przypomina propagandę Hamasu.
Krzysztof Warlikowski: Arabska dziewczynka to dla mnie opowieść o tym, że w sytuacji konfliktu nie ma wyboru. Nie oceniam, kto jest zły, Żydzi czy Palestyńczycy. Wszystko to tylko paradoksy losu, które sprawiają, że ktoś staje się zły, a ktoś dobry. Ale rozumiem motywację pani Hanny. Problem polega na tym, jak przełożyć tekst na scenę, nie tracąc zaufania autorki, która go nam powierzyła.
Hanna Krall: Powierzyłam panu nie tylko
mój tekst, ale opisanych w nim prawdziwych ludzi.
Kiedy spotkaliście się po raz pierwszy?
Hanna Krall: Zanim myśmy się spotkali, spotkali się nasi bohaterowie. Mój Dybuk z jego Hamletem. A ściślej mówiąc, nie z Hamletem tylko z Duchem Ojca Hamleta. Kiedy Krzysztof Warlikowski wystawiał "Hamleta" w Warszawie, tłumaczył aktorom, kim był Duch Ojca i jak należy rozmawiać z duchem. I dla lepszego zrozumienia opowiedział im mojego "Dybuka" - historię Amerykanina, który nosił w sobie ducha swojego brata zmarłego podczas wojny. I opowiadając, tak się wzruszył, że nie mógł już dalej prowadzić próby.
Krzysztof Warlikowski: Pierwszym moim przedstawieniem, które pani Hanna oglądała, były "Bachantki" w warszawskim Teatrze Rozmaitości.
Hanna Krall: Byłam z przyjaciółką, okazało się, że koło nas siedzi reżyser. Peszyło mnie to trochę. Po spektaklu zagadnął mnie, myślałam, że to takie kurtuazyjne podziękowania czytelnika dla autorki. Był tłum ludzi, słuchałam piąte przez dziesiąte. Nie pomyślałam, że nasze drogi kiedyś się skrzyżują.
Krzysztof Warlikowski: Pani Hanna powiedziała wtedy, że chciałaby, aby ktoś po dwóch tysiącach lat wystawił jej tekst tak, jak ja zrobiłem Eurypidesa.
Hanna Krall: Byłam poruszona "Bachantkami", straszna siła biła z tego przedstawienia.
Źródło: Duży Format