Karol Guzikiewicz stawia krzesło na środku pokoju. Zdejmuje marynarkę. Siada: - Jestem tylko skromnym fanatykiem związkowym. To nie czas, żeby pisać o mnie - mówi . Zmyliła mnie ta jego marynarka w delikatne prążki. Szłam na spotkanie z wiceszefem "Solidarności" Stoczni Gdańsk.
Z człowiekiem w niebieskim kasku i takiej samej kamizelce.
Z wrzeszczącym facetem.
A siedzi naprzeciwko mnie elegant, moduluje głos, uśmiecha się, wymawia miękko literę "r", ma ciepłe oczy pluszowego misia i upudrowaną łysinę, bo umalowali go dziś w studiu telewizyjnym.
Guzikiewicz sam o sobie - Pochodzę z mieszanej rodziny polsko-ukraińskiej. Rodzina matki mieszkała w Uścieczku nad Dniestrem. Przesiedlili ich po wojnie do Gdańska. Ukraińcy z naszej stoczni [właścicielem Stoczni Gdańsk jest ukraińska firma ISD] wiedzą o tym, że częściowo ich popieram, ale że wiem też, jaką krzywdę wyrządzili Polakom.
Urodziłem się w 1964 roku. Mama wychowała mnie samotnie, mieszkaliśmy w Gdyni. Noszę jej panieńskie nazwisko. Ojca raz widziałem, był chyba księgowym. Przysłał mi na osiemnaste urodziny kartkę z życzeniami. Napisał tam coś w tym rodzaju, że cieszy się, bo nie będzie już musiał płacić alimentów.
Mama była pielęgniarką w szpitalu miejskim w Gdyni oddelegowaną do opieki nad dziećmi w żłobku tygodniowym. Niewiele pamiętam ze swojego dzieciństwa,
szkoła podstawowa też mi umknęła. Ale nigdy nie zapomnę grudnia 1970 roku. Szedłem z mamą za rękę przy prezydium w Gdyni. Był ranek. Naprzeciwko maszerowali milicjanci. Nagle jeden wycelował karabin w stronę matki i powiedział "Odsuń się, kurwo, bo już nie żyjesz!". To na zawsze zapadło w mojej osobowości.
Agresja rodzi agresję! Dzwoni komórka wiceszefa. Cały czas ją trzyma w dłoni, bo dziennikarze łączą się od rana. Karol Guzikiewicz jest dziś najgorętszym towarem na medialnym rynku. Po jego zapowiedzi, że 4 czerwca przyprowadzi protestujących ludzi pod Stocznię Gdańsk, na uroczystości rocznicy 20-lecia upadku komunizmu, Donald Tusk zdecydował się wczoraj przenieść część obchodów do Krakowa.
Zaczyna krzyczeć dziennikarzowi przez telefon: - Agresja rodzi agresję! Jak premier zrezygnuje z debaty, to ma zagwarantowany strajk generalny w całej Polsce. Lato Tuska będzie gorące! Nie wiem, co to będzie. Bo tu nie chodzi o nas. Tu chodzi o Polskę!
Rozpoznaję wreszcie Karola Guzikiewicza, którego znam z telewizji.
Rozglądam się po pokoju, w którym urzęduje. Skromny i mały. Zmieściła się tu szafa, biurko z komputerem i kilka krzeseł. Na ścianie mapa Polski z doczepionym spinaczem zdjęciem prałata Jankowskiego. Na biurku, w wazonie, dwa balony z logo banku zatknięte na patykach.
Kończy rozmowę przez telefon.
- Dobra, musimy gadać szybko, bo tu zaraz będzie pełno dziennikarzy - mówi do mnie.
- Drżą panu dłonie - zauważam.
- A bo mnie pani chwyciła za gardło tą matką. Zmarła niedawno. Nie lubię opowiadać o dzieciństwie.
Guzikiewicz sam o sobie - W szkole byłem wzorowym uczniem. Żadnych trój. Sam nie wiem, czemu w 1979 roku poszedłem do zawodówki przy Stoczni Gdańskiej. Wykształciłem się na stolarza. To tylko tak się mówi, bo stolarz w stoczni to też i elektryk, i monter, i ślusarz. W stanie wojennym pracowałem już na wydziale stolarskim W-5. Dużo młodzieży tam było. W 1982 roku zorganizowaliśmy jednodniowy strajk. W 200 osób okupowaliśmy bramę główną stoczni. Były zwolnienia. Mnie nie dotknęły, ale zostałem naznaczony jako zadymiarz.
Stocznia oddelegowała mnie karnie na budowy osiedli dla stoczniowców i do wyrębu lasów, skąd pozyskiwano drewno do produkcji. Przez kilka lat przyjeżdżałem do stoczni i byłem wywożony na peryferie miasta do pracy. W tym czasie ukończyłem technikum dla pracujących. Mój drugi zawód to technik mechanik. Mama mnie zachęcała do studiowania, ale ja byłem krnąbrny.