Wczoraj wszystkich przebił Phil Hope, sekretarz stanu w ministerstwie zdrowia. Ogłosił, że natychmiast zwróci 41,7 tys. funtów, które w ostatnich latach pobrał z kasy Izby Gmin na remont swego londyńskiego
mieszkania. W oświadczeniu napisał, że choć pieniądze pobrał zgodnie z prawem, to odda je, by ratować reputację i zaufanie do polityków.
Burzę rozpętał w miniony piątek "Daily Telegraph". Od tego czasu codziennie publikuje pochodzące z przecieku informacje o szczegółowych wydatkach posłów. Chodzi o spore często sumy, które parlamentarzyści i ministrowie spoza Londynu wpisywali jako związane z utrzymywaniem drugiego domu w okręgu wyborczym lub w stolicy. A za to przysługuje im zwrot kosztów do 24 tys. funtów rocznie.
Choć z reguły wydatki te mieszczą się w granicach prawa, to część wywołała powszechne oburzenie. Okazało się, że ministrowie i deputowani, także ci z partii opozycyjnych, występowali o zwrot pieniędzy za wymienione żarówki,
luksusowe zestawy do barbecue, jedzenie dla psa, wymianę przeciekającej rury po kortem tenisowym, a nawet prasowanie spodni.
Politycy dopuszczali się przy tym nadużyć, zmieniając często oficjalny adres swej drugiej rezydencji, by wyciągnąć więcej z hojnego systemu. Zdarzało się, że po uzyskaniu zwrotu za remont drugiego domu bądź mieszkania sprzedawali je z zyskiem i unikali płacenia podatku.
Przecieki w "Daily Telegraph" podważyły zaufanie do wszystkich głównych partii. Brytyjczycy, których
kryzys gospodarczy dotknął szczególnie mocno, dowiedzieli się, że świetnie zarabiający deputowani (65 tys. funtów rocznie) wyciągnęli ręce po w sumie 93 mln funtów w 2008 roku. I przedstawili na nie 2 mln rachunków.
Od kilku dni politycy z wszystkich partii głównego nurtu próbują zminimalizować skutki skandalu. W poniedziałek za nadużycia przeprosił premier Gordon Brown i obiecał przegląd całego systemu oraz jego szybką reformę. I trudno się dziwić, bo afera z wydatkami posłów spowodowała największy w historii zjazd Partii Pracy w sondażach.
We wtorek szef opozycyjnych konserwatystów David Cameron zapowiedział, że jeśli dojdzie do władzy, to zmieni hojny system zwrotów wydatków. Zapowiedział, że członkowie jego partii oddadzą pieniądze za frywolne wydatki (typu karma dla psa albo remont kortu tenisowego), a jeśli tego nie zrobią, to wylecą z partii.
W środę do chóru pokutników przyłączył się przywódca trzeciej z głównych partii - Liberalnych Demokratów. Nick Clegg, którego koledzy robili to samo co torysi i laburzyści, obiecał, że zwrócą wszystko, co można by zakwestionować.
Afera może wpłynąć na wynik czerwcowych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Zdaniem komentatorów test przywództwa najlepiej zdał w tych dniach David Cameron.
Według Matthew d'Ancona z sympatyzującego z konserwatystami tygodnika "The Spectator" nadchodzi era Camerona. - Działał jak przyszły premier - przekonywał BBC d'Ancona. W podobnym duchu wypowiada się wielu komentatorów. Cameron, w którego zdolności przywódcze wątpiło wielu Brytyjczyków, może najbardziej zyskać na skandalu.