Zaprzysiężony wczoraj rząd z kilkoma wyjątkami tworzą ludzie nieznani ani w Europie, ani w Czechach. W dużej części to zastępcy dotychczasowych ministrów lub szefowie urzędów, którzy z polityką europejską nie mają doświadczeń. Z wyjątkiem dwóch - Jana Kohouta, szefa
MSZ i byłego ambasadora przy UE, i Stefana Fuleho, ministra ds. europejskich, a wcześniej szefa czeskiej misji w NATO.
Z dotychczasowych ministrów pozostaje tylko odpowiedzialny za prawa człowieka Michael Kocab. Częste ostatnio antyromskie manifestacje neonazistów sprawiły, że odchodzący gabinet przyjął zdecydowany plan walki z ekstremistami. Ma go przeprowadzić bezpartyjny Kocab, bliski przyjaciel Vaclava Havla
A ministrem transportu będzie Gustav Slamecka, Słowak, który nie ma czeskiego obywatelstwa (konstytucja pozwala, by ktoś taki był członkiem rządu) i nie mówi po czesku, choć mieszka w Pradze od 13 lat. - Może zacznę się uczyć - obiecał po złożeniu przysięgi.
Gabinet ten powstał po obaleniu pod koniec marca rządu Mirka Topolanka na mocy umowy dotychczasowych partii rządzących, czyli Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS) i Zielonych oraz opozycyjnych socjaldemokratów. Umowa zakłada, że przedterminowe wybory będą w październiku, a od 8 maja do 8 października ma rządzić gabinet fachowców Jana Fischera.
Fischerowi, który za pół roku chce wrócić na stanowisko szefa urzędu statystycznego, pozostała rola statysty - partie podzieliły między sobą nominacje i podyktowały premierowi listę ministrów.
Gdy pod koniec ubiegłego tygodnia premier się zbuntował, wysuwając propozycje własnych kandydatów na niektóre kluczowe stanowiska, ODS i socjaldemokraci zagrozili mu, że nie otrzyma votum zaufania. Wtedy Fischer poskarżył się prezydentowi Vaclavowi Klausowi. Ten zaraz pochwalił Fischera, że "nie chce być marionetką partii", a komentatorzy zaczęli się zastanawiać, czy premier nie sformuje rządu według życzeń prezydenta.
Dodatkowo konstytucjonaliści ostrzegali, że mając wsparcie Klausa Fischer, może rządzić aż do wyborów i bez wotum zaufania parlamentu.
Bunt "letniego premiera" zakończył się równie nagle, jak się rozpoczął. Już w niedzielę szefowie ODS, socjaldemokratów i Zielonych, czyli Mirek Topolanek, Jirzi Paroubek i Martin Bursik, ustalili z Fischerem, że pierwotne ustalenia pozostają w mocy. Premier wycofał swoich kandydatów, a partie uzupełniły listę ministrów nowymi nazwiskami.
Słaby premier, który w żadnym z wywiadów nie wyraził dotąd żadnej opinii, jest dużą szansą dla antyunijnego prezydenta Vaclava Klausa, który osobiście chce sprawować czeskie przewodnictwo w UE. Pałac Prezydencki już oświadczył, że Klaus zamierza prowadzić wszystkie szczyty, które pozostały do lipca, m.in. szczyt UE -
Rosja czy zamykający prezydencję szczyt w Brukseli.
Dotychczasowy wicepremier i minister ds. europejskich Aleksander Vondra wyraźnie polecił Fischerowi, aby nie zostawiał Klausowi szczytu w Brukseli, na którym może być ogłoszona decyzja o drugim irlandzkim referendum w sprawie traktatu lizbońskiego. Fischer odpowiada na to: "Rozmawiamy o tym z panem prezydentem".
Na razie skutek jest taki, że Unia coraz bardziej ignoruje czeską prezydencję (zresztą tak się dzieje od czasu obalenia rządu Topolanka). Na czwartkowy szczyt Partnerstwa Wschodniego w Pradze z przywódców najważniejszych państw UE przyjechała tylko Angela Merkel.