http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Casus Maleszki

Rafał Kalukin
2009-05-07, ostatnia aktualizacja 2009-05-07 02:38

Od rana bezradnie staliśmy w newsroomie nad rozłożonym egzemplarzem "Rzeczpospolitej". Godziny mijały, a my, zamiast zabrać się do roboty, toczymy chaotyczną, jałową dyskusję. Może to nieprawda? Wielka pomyłka? A jeśli prawda - to inna, niż może się wydawać? Może i coś podpisał, ale nie mógł przecież donosić. Na pewno nie Leszek

Lesław Maleszka
Fot. KUBA ATYS / AGENCJA GAZETA
Lesław Maleszka
To był wtorek 6 listopada 2001 r. Tego dnia 19 działaczy krakowskiego Studenckiego Komitetu Solidarności opublikowało w "Rzeczpospolitej" oświadczenie demaskujące Lesława Maleszkę jako tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa. Dawni koledzy analizowali tekst pracy dyplomowej absolwenta esbeckiej szkoły, opublikowanej latem 2001 r. przez "Tygodnik Powszechny", i wyszło im, że kluczowym agentem w ich środowisku, "Ketmanem", mógł być tylko Leszek. Maleszka spotkał się z Bronisławem Wildsteinem i się przyznał.

Tyle że tamtego dnia my, w redakcji "Gazety", jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Leszka nie było w pracy, jego telefon milczał. Tkwiliśmy więc w szoku. Bo Maleszka był postacią wyjątkową. Redaktorem znakomitym i osobowością nadzwyczaj barwną: wszędzie go pełno, wypełniał newsroom donośnym śmiechem, prowokował dyskusje na tematy wszelakie. Abnegat w dziurawych butach, tej samej koszuli, zaciągający się tanim papierosem. Leszek potrafił człowieka zmęczyć, ale trudno było wyzwolić się spod jego specyficznego uroku.

Jednak Adam Michnik od dwóch dni już wiedział. Jeden z dawnych działaczy SKS zadzwonił do niego z informacją i żądaniem opublikowania oświadczenia w "Gazecie". Michnik odmówił, tłumacząc, że Maleszka jest na urlopie, a bez rozmowy z nim nie można takiej informacji wydrukować.

Maleszka zjawił się już w niedzielę wieczorem. Adam zaprosił go do domu, postawił na stole butelkę i powiedział o sprawie. Leszek się przyznał.

- Wbiło mnie w fotel - wspomina Michnik. - To był ostatni człowiek, którego mógłbym podejrzewać. Nigdy nie chciał awansować, nie dopominał się o pieniądze, chętnie brał robotę za innych. Powiedziałem mu: "Do środy chcę mieć twoje wyznanie gotowe do druku".

We wtorek Michnik leci do Amsterdamu odebrać nagrodę Erasmusa. Przed odlotem kupuje "Rzeczpospolitą" i zaskoczony czyta oświadczenie działaczy SKS o współpracy redaktora "Gazety".

Następnego dnia krótkie oświadczenie Maleszki w "Gazecie". Potwierdza zarzuty dawnych przyjaciół, przeprasza i zapowiada obszerne wyjaśnienia.

13 listopada dwukolumnowy tekst „Byłem Ketmanem". Na początek: „Ten tekst powinienem był napisać najpóźniej w roku 1990. Piszę go dziś, w 25 lat po podjęciu decyzji, która wyrządziła ogromną krzywdę wielu moim przyjaciołom i w jakiejś mierze zrujnowała również moje życie. (...) To ja byłem »Ketmanem «, tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa".

Na koniec: "Mam tylko jedno życzenie. Chciałbym, by moje akta osobowe gromadzone przez SB były pierwszymi - i ostatnimi, które zostaną publicznie otwarte. Policja polityczna w komunistycznym państwie złamała kręgosłupy moralne wielu osób. (...) Jakie jednak będą korzyści z tych paru pręgierzy hańby, w imię których jesteśmy gotowi dewastować różne więzi społeczne? Wszystkich, którym wyrządziłem krzywdę - także tych, którzy po przeczytaniu tego tekstu nigdy już nie wyciągną do mnie ręki - gorąco przepraszam. W tej chwili nie jestem w stanie zrobić więcej".

A pomiędzy prologiem i epilogiem opowieść o złamaniu w 1976 r., podjęciu współpracy, próbach wewnętrznej racjonalizacji zła, strachu przed zdemaskowaniem. Niby wszystko się komponowało, ale większość z nas czuła, że czegoś tu brakuje. Że ta skrucha Leszka nie brzmi szczerze, że za dużo tu usprawiedliwień.

Wyznaniu towarzyszyło oświadczenie naczelnych: „Nikt ze środowiska »Gazety « nie znał prawdziwej przeszłości Leszka Maleszki. Znaliśmy kogo innego. (...) Leszek Maleszka stracił w naszych oczach wiarygodność i szacunek. Jego nazwisko musi na długie lata zniknąć z łamów »Gazety «, bo to nazwisko wprowadzało nas i Czytelników w błąd. Czy można się podnieść z moralnego upadku? Czy człowiek może wrócić z tak dalekiej podróży? Czy możemy i powinniśmy mu w tym pomóc? Nie wiemy. Ale byłoby okrutną pychą z naszej strony wykluczyć pozytywne odpowiedzi na te pytania".

Nazwisko miało więc zniknąć z łamów, a Leszek - fizycznie odejść z redakcji, pozostając jednak nadal w "Gazecie". Miał w domu redagować teksty. Każdego autora pytano, czy życzy sobie, by nad artykułem pracował Maleszka. Wielu odmawiało.

Decyzja naczelnych podzieliła bowiem zespół. - Co mieliśmy zrobić? Zwolnić go? Pozbawić środków do życia? Przecież nikt by Maleszki nie zatrudnił! - tłumaczy Michnik. - On wyrządził wiele zła, ale został przecież złamany. Był sprawcą, ale też ofiarą. Pozostawiając go w "Gazecie", miałem rację w sensie merytoryczno-aksjologicznym. Tylko co mi po tej racji, skoro nikt jej nie rozumiał?

Konkurencja co rusz wywlekała nam "Ketmana". Złośliwe komentarze w gazetach, ataki w dyskusjach telewizyjnych. Na forach internetowych insynuacje o schowanym w cieniu agencie, który narzuca antylustracyjną linię "Gazety". Idiotyczne domniemania, że Maleszka szantażuje Michnika ujawnieniem innych TW w redakcji. Każdego, kto z bliska oglądał redakcyjną banicję Leszka, ogarniał pusty śmiech.

Bo Leszek odwiedzał redakcję zazwyczaj wieczorami, gdy korytarze już pustoszały. Przemykał jak duch z płachtami zredagowanych tekstów, unikając kontaktów z kolegami. Jedni się odwracali na jego widok, inni zagajali rozmowę. Dopiero wtedy się ożywiał.

Przełomem okazał się film "Trzej kumple", wyemitowany latem ubiegłego roku przez TVN. Pojawiła się w nim sugestia, że "Ketman" mógł mieć coś wspólnego ze śmiercią Stanisława Pyjasa, przyjaciela Maleszki i Wildsteina. Przed kamerą (ukrytą) wystąpił też Maleszka. W jednej ze scen konsultował przez telefon lead artykułu. I choć - jak wytropił jeden z naszych kolegów - chodziło o artykuł na temat bioetyki, wyglądało to tak, jakby Leszek kreował linię polityczną "Gazety".

26 czerwca 2008 r. ukazuje się oświadczenie kierownictwa „Gazety": „Wielkoduszność wobec Maleszki nigdy i w żadnym stopniu nie była wyrazem akceptacji dla jego zdrady. (...) Oto znów zobaczyliśmy człowieka, który nie potrafi wyjaśnić również sam sobie, dlaczego dopuścił się zdrady. Nie wiemy, jakie myśli i uczucia kryły się za jego wyznaniem »robiłem potworne zło «”. (...) Zespół »Gazety « przez siedem lat okazał Maleszce dobrą wolę. Nie było to łatwe. W ostatni piątek umowa o pracę z Leszkiem Maleszką została rozwiązana”.

Pod oświadczeniem zabrakło podpisu Adama Michnika. - Choć Maleszka donosił także na mnie, wybaczyłem mu. Konsekwencje pozostawienia go w pracy przez te lata biorę na siebie - tłumaczy Michnik. - Teraz jednak za "Gazetę" odpowiada Jarek Kurski. On podjął decyzję o zwolnieniu Leszka. A ja uznałem, że nie mogę być szlachetny na cudzy rachunek.

I jeszcze jedno wyznanie Adama: - Zrobiłem Leszkowi krzywdę. Nie było agenta, do którego tak często by wracano. On stał się symbolem donosicielstwa. I jest to moja wina. Maleszka był idealnym celem ataków tylko dlatego, że pracował w "Gazecie Wyborczej".

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

Brak komentarzy
W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne