Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
To, co się przez ostatnie tygodnie działo wokół unijnego "Pakietu telekomunikacyjnego", przejdzie do historii jako przykład niebywałego nieporozumienia. Tysiące internautów - zgromadzonych wokół wielu pozarządowych organizacji, np. francuskiej La Quadrature du Net, szwedzkiej Partii Piratów, polskiej Grupy Jakilinux - głośno protestowało przeciwko tej dyrektywie. Mimo że - o ironio! - wprowadzała ona rozwiązania dla nich korzystne.
Dziesiątki tysięcy europejskich internautów bez zastanowienia podpisało krążącą po sieci e-petycję z protestem. Zasypywali e-mailami eurodeputowanych. Organizowali nawet manifestacje uliczne (kolejna ma się odbyć w Madrycie 24 maja).
Protest zaczął się prawdopodobnie we Francji, gdzie rząd forsuje ustawę o odcinaniu od sieci osób trzykrotnie przyłapanych na piractwie. Ale równie dobrze mogła powstać w Szwecji, gdzie przed kilkoma tygodniami sąd skazał na kary więzienia czwórkę właścicieli serwisu Pirate Bay. Serwis ułatwiał ściąganie pirackich plików z internetu.
W Polsce e-petycję przeciw "Pakietowi" sygnowało ponad 60 tys. osób. Na polskich forach internetowych padały coraz bardziej niedorzeczne oskarżenia. "PE chce wprowadzić cenzurę w internecie" - to jedno z nich.
W Polsce e-petycję przeciw cenzurze internetu, której nie było, podpisało ponad 60 tys. osób
Pospolite ruszenie europejskich internautów rosło, ale maszerowało bez ładu i składu. Nikt nie chciał słuchać ekspertów, którzy próbowali wyjaśnić, że "Pakiet" jest korzystny i nikomu nie zagraża.
- On jest prokonsumencki! Dostęp do internetu wpisano w nim jako jedną z "potrzeb społecznych", które należy zapewnić obywatelom Unii. Internet zrównano z dostępem do wody, kanalizacji czy prądu. To dobry zapis - mówi "Gazecie" Anna Streżyńska, szefowa Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
- Ależ "Pakiet" jest prokonsumencki! Dostęp do internetu zrównano z dostępem do wody, kanalizacji czy prądu - mówi Anna Streżyńska, szefowa Urzędu Komunikacji Elektronicznej
- Nie rozumiałem zamieszania. Projekt dyrektywy w niczym nie ogranicza ani nie cenzuruje dostępu do internetu - wtóruje Tomasz Kulisiewicz, analityk rynku telekomunikacyjnego w firmie doradczej Audytel.
Wszystko na odwrót Przerażone biuro prasowe europarlamentu rozesłało wykaz "prawd i mitów" o dyrektywie. Nie jest prawdą - tłumaczyło - jakoby Strasburg chciał wprowadzić reguły, które dają operatorom prawo do limitowania liczby stron ("pakietowania") dostępnych w internecie dla danego odbiorcy. I nie jest prawdą, że "Pakiet" zezwala dostawcom internetu ograniczać usługi.
Na odwrót. Dyrektywa nakłada na operatorów obowiązek - jeśli chcą ograniczyć dostęp, muszą uprzedzić o tym konsumentów. Oni zaś będą wtedy mogli zerwać umowę bez konsekwencji i przenieść się do innego operatora.
Naprawdę więc oskarżenia internautów waliły kulą w płot.
"Pakiet" proponuje przepisy, które utrudnią operatorom i władzom państw blokowanie dostępu do sieci. Stwierdza bowiem, że dostęp do internetu to swoboda gwarantowana europejską konwencją praw człowieka (obowiązującą w Unii). Każdy Europejczyk odcięty od internetu mógłby odwołać się do sądu.
Co więcej, „Pakiet” przewiduje 12 korzystnych dla konsumentów nowinek. Wśród nich: • ograniczenie do 24 miesięcy maksymalnej długości umowy operatora z konsumentem - tak by nie wiązać go zbyt długim kontraktem; • nakaz, by przeniesienie numeru telefonu z jednej sieci do drugiej nie trwało dłużej niż jeden dzień (obecnie - nawet i 30 dni).
Strasburg się wystraszył Ale wyjaśnienia nie zatrzymały histerii. Popłoch wśród internautów udzielił się europosłom. I w środę postanowili udowodnić, jak dbają o konsumentów.
Miażdżącą większością przegłosowali poprawkę, której wcześniej nie uzgodnili z Radą Unii Europejskiej (reprezentującą unijne rządy): - Nikt nie może zostać pozbawiony dostępu do internetu bez uprzedniej decyzji sądu.
W ten sposób europarlament odrzucił kompromis zawarty z Radą UE - czyli że sąd miał tylko potwierdzać wcześniejsze odcięcie od internetu.
- Teraz zacznie się procedura uzgodnieniowa między Parlamentem i Radą - mówi "Gazecie" Jan Olbrycht, europoseł PO. Jeśli się nie powiedzie, dyrektywa przepadnie. Wszystko pozostanie po staremu. Obowiązywać będą przepisy krajowe, także te niekorzystne dla internautów.
Francja bez przeszkód wprowadzi u siebie restrykcyjne przepisy, na mocy których odcinać od sieci będzie urząd, a nie sąd. Rząd w Paryżu chce to zrobić już w przyszłym tygodniu.