http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

100 dni Obamy

Leopold Unger
2009-05-04, ostatnia aktualizacja 2009-05-04 17:45

Nie wiem, dlaczego Amerykanie uznali, że 100 dni, które bez większego szczęścia wniósł do historii Napoleon, stanowią symbol, jakiego cała prasa i wszystkie instytuty badania opinii publicznej nie mogą zlekceważyć pod karą zawodowej śmierci - felieton Leopolda Ungera

Leopold Unger
Leopold Unger
Nie wiem, dlaczego Amerykanie uznali, że 100 dni, które bez większego szczęścia wniósł do historii Napoleon, stanowią symbol, jakiego cała prasa i wszystkie instytuty badania opinii publicznej nie mogą zlekceważyć pod karą zawodowej śmierci.

Jedna z wielkich gazet odkryła nawet, że happening 100 dni prezydentury (wojny czy czegokolwiek w ogóle), choć zrodzony we Francji, należy do tradycji amerykańskiej. Obama nie mógł także, zresztą zapewne nie chciał zapomnieć o tym dniu.

A przecież próba formułowania bilansu 100 pierwszych dni jako podstawy prognozy na następne cztery - a jeżeli Obama nie popełni poważniejszych błędów, to i na osiem lat - jest zajęciem lekkomyślnym, a może niebezpiecznym. Do czego prowadzi np. porównanie 100 dni Obamy, Roosevelta, Kennedy'ego i Reagana?

Wszyscy byli prezydentami USA i cała czwórka, tego lekceważyć nie wolno, należy do najbardziej popularnych lokatorów Białego Domu. Wszyscy potrafili od razu wzbudzić to, co najważniejsze, czyli zaufanie większości opinii. No i co z tego? Czy Bush nr 2 nie miał, i to dwa razy, zaufania większości wyborców? Czy Nixon musiał fałszować wybory?

Prawdziwe porównanie i prawdziwy wynikający stąd wniosek powinny dotyczyć nie 100 dni czy ośmiu lat, ale tylko jednego, pierwszego dnia wszystkich prezydentów USA. Wtedy to ćwiczenie nabrałoby sensu.

Okazałoby się mianowicie, że obok Obamy żaden prezydent USA nie znalazł na biurku tak rozległego remanentu ogromnych wyzwań i tak naglącej konieczności znalezienia odpowiedniej na nie riposty. Lista jest znana: największy od lat 30. XX w. kryzys gospodarczy, recesja i widmo depresji, bezprecedensowy ratunek gospodarki, lawina bezrobocia, dwie wojny, światowy terroryzm, groźba rozprzestrzeniania się broni nuklearnej, nowy układ sił w coraz bardziej globalizującym się świecie. Chiny, Rosja, Iran, Pakistan, Korea Północna, Ameryka Łacińska, i to nie koniec, czekają na zakręcie

To ten bilans otwarcia pierwszego, a nie setnego dnia, sprawia, że Obama, a nie Bush jest pierwszym amerykańskim prezydentem XXI w.

No i prezent specjalny: pandemia świńskiej grypy. Powstrzymanie jej inwazji jest niemożliwe, stąd zresztą rozumna rezygnacja z pomysłu zamykania granic czy wstrzymania lotów do Meksyku. Jedyna opcja to próba ograniczenia zasięgu zarazy.

Ale świński wirus to nie tylko jeszcze jedno wyzwanie, przed jakim stanął Obama od prawie pierwszego, a nie dopiero setnego dnia. Doszło nie tylko nowe zagrożenie, doszła nowa jakość. Na imię jej: nieprzewidywalność.

Wojny albo kryzysu można uniknąć albo przygotować się do ich wybuchu. Skali ataku wirusa przewidzieć się nie da. To, co dzisiaj wiadomo, to zdaniem specjalistów tylko wierzchołek góry lodowej. "Titanic", uprzedzają, dopiero nadchodzi.

70 proc. Amerykanów nie boi się "Titanica", wyraża dziś zaufanie do Obamy i, mimo jego drastycznych decyzji oraz na razie braku (trudno, żeby było inaczej) pierwszych widocznych oznak poprawy, uważa, że Obama idzie w dobrym kierunku.

Początek to połowa całej drogi - powiadają obrońcy obrządku 100 dni. Być może. Tylko że ta druga połowa potrwa nie 100, ale co najmniej 1360 dni. Wtedy porozmawiamy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':