- Nikt nie prowadzi żadnych badań socjologicznych, nikt nie robił też wśród Polaków sondaży opinii publicznej. Nie wiadomo więc, jak będą głosowali w czerwcu - mówi "Gazecie" Marta Kaszuba z Polish Professionals in London, zaangażowana w inicjatywę Poles to Polls, czyli Polacy Głosują. Celem akcji jest zachęcenie Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii do korzystania z równouprawnienia wyborczego w UE i do głosowania w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.
To już druga po wyborach lokalnych w 2007 r. próba wciągnięcia do życia politycznego Wielkiej Brytanii kilkuset tysięcy Polaków, którzy przyjechali tam po 2004 r. W przypadku wyborów lokalnych było łatwiej dotrzeć do Polaków, bo chodziło o konkretne sprawy dotyczące życia w gminach, dzielnicach czy miasteczkach. Teraz jest trudniej, bo polityka europejska, Strasburg czy Bruksela to dla wielu naszych rodaków abstrakcja.
Wczoraj z inicjatywy Poles to Polls odbyło się w Londynie spotkanie z europosłami i politykami wszystkich brytyjskich partii. Przyszło sporo osób, ale wciąż nie wiadomo, jak będzie wyglądała mobilizacja Polaków przy urnach. - Pytanie nie powinno brzmieć, na kogo zagłosują Polacy, ale czy w ogóle zagłosują. I o to toczy się kampania - mówi nam Adam Komarnicki zaangażowany w ruch Polacy Głosują. Zdaniem Komarnickiego przeszkód jest kilka. Po pierwsze, Polacy ciężko pracują, często biorą nadgodziny, nie zostaje im dużo czasu na interesowanie się brytyjską polityką. Po drugie, wielu z naszych rodaków wciąż żyje problemami Polski, swych rodzinnych miast i miasteczek, mniej wiedzą, co dzieje się w Wielkiej Brytanii niż w Polsce. Po trzecie, żeby zagłosować w wyborach do PE, trzeba się zarejestrować i wypełnić formularz, że zamierza się głosować tylko w Wielkiej Brytanii. Chodzi o uniknięcie sytuacji, w której Polacy głosowaliby np. zarówno w Londynie (gdzie wybory odbywają się 4 czerwca) i w Polsce (7 czerwca).
Właśnie z powodu dość skomplikowanej rejestracji w lokalnych samorządach nie wiadomo, ilu Polaków pójdzie głosować na Wyspach. Samorządy nie udzielają zresztą na ten temat informacji. Kilkadziesiąt tysięcy, sto, dwieście tysięcy? - Nie pokuszę się nawet, żeby zgadnąć. Nie sądzę, żeby frekwencja była wyższa niż w Polsce, a słyszałem, że według sondaży ma być kilkunastoprocentowa - odpowiada Komarnicki.
To nagromadzenie niewiadomych nie przeszkadza głównym brytyjskim partiom zabiegać o głosy Polaków. Wręcz przeciwnie każda z nich inwestuje w kontakty z polską społecznością i założyła w ciągu ostatnich kilku miesięcy kluby przyjaciół Polski, które mają wciągać naszych rodaków w partyjne trybiki.
Najpóźniej, bo dopiero na początku marca powstał Labour Friends of Poland, czyli Przyjaciele Polski z Partii Pracy. - Wiem, że wielu Polaków na Wyspach sympatyzuje z Partią Pracy i jej poglądami. Labour Friends of Poland daje możliwość zrealizowania ich oczekiwań - tłumaczy Mark Lazarowicz, brytyjski parlamentarzysta zaangażowany w ruch. Podobną perspektywę dla Polaków roztacza partia Liberalnych Demokratów i Konserwatyści, którzy partyjny klub przyjaciół Polski założyli pod koniec 2008 r. Komarnicki skarży się, że Polacy są zbyt słabo zorganizowani, by po wyborach rozliczyć partie z obietnic. A bez tego przedwyborczego zainteresowania nie da się zmienić w trwały polityczny sojusz, który wzmocniłby pozycję Polaków w Wielkiej Brytanii.
Najbardziej na głosy Polaków liczy będąca języczkiem u wagi opozycyjna partia Liberalni Demokraci. - Wiem, że Polacy są bardzo dobrze nastawieni do Europy, a to my jesteśmy najbardziej proeuropejską partią w Wielkiej Brytanii - mówi "Gazecie" Nick Clegg, szef Liberalnych Demokratów. Zapytany jednak, czy w programie ma coś szczególnego dla Polaków, odpowiada: - Liczymy na siłę naszych wartości.
- Podejrzewam, że 70 proc. tutejszych Polaków w ogóle nie wie, że są wybory do Parlamentu Europejskiego - mówi nam z kolei Wiktor Moszczyński, działacz polonijny i sekretarz Labour Friends of Poland. Zdaje sobie sprawę z tego, że to rządząca Partia Pracy obarczana jest winą za kryzys i
bezrobocie, które uderzają także w Polaków. Ale liczy na wdzięczność.
- Partia Pracy była zawsze przyjazna Polakom. To za rządów Tony'ego Blaira zaakceptowano przyjęcie Polski do NATO i Unii Europejskiej. To także laburzyści dążyli do otwarcia rynku pracy dla Polaków, czemu sprzeciwiali się konserwatyści - wylicza.
Według Moszczyńskiego Polacy z reguły głosują przeciw komuś, a nie na kogoś. Dlatego na spotkaniach tłumaczy, że każdy głos oddany na Partię Pracy zmniejsza szanse
BNP, czyli populistycznej i nacjonalistycznej Brytyjskiej Partii Narodowej, która domaga się wyrzucenia imigrantów zarobkowych z Wysp, a więc jest dla Polaków groźna.