Dominika Pszczółkowska: Czy kraje, które w 2004 r. weszły do Unii, były do tego gotowe? Daniel Gros: Gdyby pilnować spełnienia wszystkich warunków, można by czekać wiecznie. Chodzi o to, by przyjmować kraje, gdy są już w stanie funkcjonować w miarę dobrze w UE i przyspieszać proces ich zbliżania.
Klasa 2004 prawdopodobnie była gotowa. Szkoda, że po wejściu do UE wskaźniki dobrego rządzenia, które bardzo poprawiały się przed 2004 r., nie poprawiły się lub nieco pogorszyły np. w Polsce [patrz ramka]. Mam na myśli korupcję, działanie sądów, administracji, czy skuteczność stosowania prawa.
A czy w 2007 r. należało przyjmować Rumunię i Bułgarię? Komisja Europejska musiała ostatnio odebrać Bułgarii znaczną część funduszy strukturalnych. Wielu twierdzi dziś, że wpuszczono ich za wcześnie. - O Rumunii i Bułgarii mówiono, że przyjąć jeszcze dwa kraje to i tak niewielka różnica, a poza tym robią duże postępy. Tu rozczarowanie jest większe, bo pod względem jakości rządzenia Bułgarzy i Rumuni zrobili jeszcze większy krok wstecz.
W nowych krajach wiele zmienia kryzys. Okoliczności dotychczas były bardzo łaskawe, więc ludziom wydawało się, że można sobie wybierać dowolnego populistę obiecującego niestworzone rzeczy i okazywać w ten sposób frustracje. Dziś wyborcy coraz bardziej zdają sobie sprawę, że trzeba dokonywać trudnych wyborów.
A czy kraje starej Unii były gotowe na przyjęcie nowych? - Nie było wielkiego entuzjazmu, rozszerzenie postrzegano jak coś, co trzeba zrobić, choć jest kosztowne i niepopularne. Być może rozszerzenie odegrało rolę w przegranej projektu konstytucji europejskiej w referendach we Francji i w Holandii.
Czy społeczeństwa starej Unii pogodziły się z obecnością nowych? - Ważne jest, by rozszerzenie nie wpłynęło źle na życie ludzi. W Niemczech np. było wiele obaw o bezpieczeństwo granic, przestępczość, ale te obawy się nie ziściły. W tym sensie był to sukces. Ludzie ze starych państw najbardziej skorzystali na wzroście handlu. I tego właśnie spodziewamy się po rozszerzeniach.
Czy z obecnością nowych krajów pogodziły się elity polityczne, zwłaszcza w niechętnej rozszerzeniu Francji? - Francuzi obawiali się, że nowe kraje nie będą miały esprit communautaire, czyli ducha wspólnotowego. I mieli rację. Ten duch to zrozumienie, że każdy kraj broni swego, ale w pewnych ramach, i rozumie, że kompromisy zawierać trzeba. A nowi weszli mówiąc: "Jesteśmy spóźnieni, macie wobec nas dług, zapłaćcie".
Niektórzy mieli jeszcze takie podejście: Dopiero co odzyskaliśmy niepodległość, więc nie chcemy jej od razu oddawać.
Mówi pan np. o sytuacji, gdy bracia Kaczyńscy, próbując wynegocjować korzystny dla Polski system głosowania w UE, przywoływali polskie ofiary wojny. - Tak. Przywódcy czasem naprawdę reprezentują kraj, a czasem są aberracją. Rządy Kaczyńskich były w pewnym stopniu aberracją, ale wydaje mi się, że fundamentalistyczny nurt w Polsce przycicha.
Wtedy za dużo udawaliście, groziliście wetami. Ale podobnie jak wy zachowywali się tuż po wejściu do UE Hiszpanie. Co innego Czesi - ci mają zero ducha wspólnotowego, bo gdyby go mieli, nie obalaliby rządu, który przewodniczy UE.
Czyli widząc to, co się dzieje w Czechach, Europa Zachodnia zaczyna myśleć: Europa Środkowa to jeden wielki eurosceptyczny bałagan. - Sytuacja w Pradze wpływa na postrzeganie całego regionu, ale na Zachodzie coraz lepiej zdają sobie sprawę, że tu akurat chodzi tylko o
Czechy. Wiele jednak będzie zależało także od tego, czy prezydent Kaczyński podpisze traktat lizboński, w jakich okolicznościach i co przy tym powie.
Jakie były kluczowe momenty na drodze integracji starych i nowych członków Unii? - Podzieliła nas wojna w Iraku i tamten podział udało się przezwyciężyć dopiero podczas niedawnego kryzysu w Gruzji, gdy Unia stanęła zjednoczona. Stare kraje nieszczęśliwie rozegrały też debatę w sprawie dyrektywy usługowej [próbowały ograniczyć swobodę świadczenia usług, by nie dopuścić do swoich rynków nowe kraje], ale w końcu znaleziono kompromis. Ważne było rozszerzenie strefy Schengen. Ale prawdziwym punktem przełomowym okaże się obecny kryzys.