http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Obama błyszczy na tle Republikanów

Rozmawiał w Waszyngtonie Marcin Bosacki
2009-04-29, ostatnia aktualizacja 2009-04-28 22:36

Medialny czar Obamy nie skończył się w momencie, gdy wprowadził się do Białego Domu. Od czasów Reagana żaden prezydent nie potrafił tak świetnie komunikować się z Amerykanami - Rozmowa z Darrellem Westem


Fot. Michael Sohn AP
Marcin Bosacki: Co jest największym osiągnięciem 100 pierwszych dni prezydentury Baracka Obamy?

Darrell West: Uchwalenie Aktu Odbudowy Gospodarczej, czyli pakietu stymulacyjnego. Ten pakiet obejmuje gospodarkę, służbę zdrowia, edukację, energetykę. To tak naprawdę kilka poważnych reform w jednym opakowaniu. Ten pakiet ma zmienić wiele najważniejszych dziedzin życia w USA. To, że tak szeroki wachlarz reform Obama przepchnął przez Kongres, to duże osiągnięcie.

Wielu komentatorów, także lewicowych, uważa, że w tym właśnie kryje się niebezpieczeństwo - Obama stara się zrobić bardzo dużo w zbyt krótkim czasie, w dodatku w bardzo niesprzyjających okolicznościach.

- Moim zdaniem te wielkie ambicje Obamy są uzasadnione. Główny cel Obamy to zwiększenie konkurencyjności Ameryki w świecie, stąd np. odważne plany reformy edukacji. Niektóre dziedziny, które należało zmieniać 15 czy 20 lat temu, jak służbę zdrowia, zostawiono za poprzednich prezydentów w dryfie. Obama musi więc robić i dużo, i szybko.

Co jest największym niepowodzeniem?

- Deficyt budżetowy. Rośnie w zatrważającym tempie i może zagrozić rozwojowi Ameryki w dłuższej perspektywie. Gdy tylko skończy się recesja, Obama musi wziąć się za przywileje różnych grup i sektorów oraz odchudzić budżet. To wielkie zadanie dla niego na kolejne lata prezydentury.

Czy to też największe dla Obamy zagrożenie polityczne? Ponad połowa Amerykanów popiera cele ostatnich pierwszych demonstracji opozycji - właśnie przeciw rozdymaniu budżetu i wyższym podatkom.

- Obama musi zrozumieć, że na razie Amerykanie godzą się na duży rząd, bo uważają, iż w czasach wielkiego kryzysu jest on potrzebny. Ale nie dłużej. Ludzie w USA rozumieją, że na dłuższą metę taki deficyt budżetowy jest śmiertelnie groźny.

Jednym z najpoważniejszych zagrożeń jest system ubezpieczeń emerytalnych social security. Wierzę, że tak jak tylko republikanin i antykomunista Richard Nixon mógł naprawić stosunki USA z komunistycznymi Chinami, tak tylko lewicowy demokrata Barack Obama może zdecydowanie zreformować social security. Tak, by zmniejszyć wydatki państwa. Podobnie z wydatkami państwa na służbę zdrowia.

Obama ograniczył prawo pracowników służby zdrowia do odmowy działań z powodu sprzeciwu sumienia, np. w aborcji czy antykoncepcji. Cofnął zakaz finansowania badań na komórkach macierzystych pochodzących z embrionów. To mu szkodzi czy pomaga?

- Obama jest na pewno dużo bardziej lewicowy w kwestiach ideologicznych niż jego poprzednik. Nie sądzę, by Amerykanów to dziwiło - zapowiadał to w kampanii wyborczej. Jednak myślę, że te sprawy nie zaważą na jego przyszłości politycznej. Ona zależy od stanu gospodarki. Jeśli za dwa-trzy lata ekonomia USA będzie znów zdrowa, Obama wygra kolejne wybory. Jeśli nie - będzie miał ogromne kłopoty.

Jak można podsumować te 100 dni w polityce zagranicznej USA?

- Przede wszystkim sukcesem jest wyznaczenie nowego tonu amerykańskiej dyplomacji. Od pewnego otwarcia wobec Kuby po zapowiedź szybszego wycofania sił z Iraku przekaz jest jeden: Ameryka chce bardziej słuchać innych w świecie, a nie być tylko samotnym strzelcem, dyktować innym krajom, jak wszystko ma wyglądać. Rząd Obamy ma bardziej wielostronne podejście do skomplikowanych problemów globu.

Krytycy mówią, że na razie Obama do wszystkich się uśmiecha, od Dmitrija Miedwiediewa po Hugo Chaveza, a efektów nie widać. Niektórzy, jak Iran i Kuba, nawet Ameryce grożą. Liberalny komentator "Washington Post" Eugene Robinson napisał do Obamy: "Gdy Amerykę policzkują, trzeba oddać, a nie nadstawiać drugi policzek". Zgadza się pan z tym?

- Myślę, że Obama musi unikać wizerunku polityka zbyt miękkiego. Dlatego w stosunku do takich państw musi być bardzo ostrożny. Rosja np. rzeczywiście ma wielkie kłopoty z prawami człowieka czy standardami demokracji. Gdyby wróciła do skali represji zbliżonej do czasów komunizmu, byłaby to też porażka Obamy. W wypadku Wenezueli czy Iranu Obama wysłał sygnał: chcemy nowej ery w stosunkach z wami. Teraz wiele będzie zależeć od przywódców tych krajów. Oni muszą zacząć mocniej słuchać tego, co im mówimy. Na razie za wcześnie, by na pytanie, czy nowe podejście Obamy przyniesie efekty, odpowiedzieć tak lub nie.

Co pana najbardziej w tych pierwszych 100 dniach zaskoczyło?

- To, jak dobrze ten rząd funkcjonuje. Obama naprawdę zebrał zespół gwiazd, wielkich ego. A zgrzytów jest niewiele, oni wszyscy ze sobą całkiem dobrze współpracują. To dowodzi dużych zdolności przywódczych Obamy.

Poza tym medialny czar Obamy nie skończył się w momencie, gdy wprowadził się do Białego Domu. Od czasów Reagana żaden prezydent nie potrafił tak świetnie komunikować się z Amerykanami - przez telewizję, wywiady, konferencje prasowe, a w wypadku Obamy także przez internet. Myślę, że głównie dzięki temu poparcie dla niego wciąż waha się wokół 65 proc.

Co będzie w najbliższych miesiącach dla Obamy największym zagrożeniem?

- Coraz wyższe bezrobocie. Przez kilka miesięcy ludzie je jeszcze zaakceptują. Dziś wynosi 8,5 proc., może dojść do 10. Ale jeśli te 10 proc. przekroczy i będzie nadal rosło w 2010 r. - Amerykanie tego nie wybaczą. Jeśli mimo ogromnego pakietu stymulacyjnego Obamy kryzys przedłuży się do 2010 r., to przestanie to już być kryzys Busha. Zacznie - kryzys Obamy.

Co jest jego największą szansą?

- Może nie tyle szansą, ile szczęściem, błogosławieństwem dla prezydenta jest to, że republikańska opozycja wciąż żyje bardziej w przeszłości niż w przyszłości. Nie tworzą nowych idei, wciąż uważają, że to, co sprawdziło się 30 lat temu, z czym przyszedł Reagan, zadziała. Krytykują wszystko, co robi Obama, ale sami nie mają jasnych rozwiązań. Nie mają też nowych przywódców.

Republikanie w końcu wychowają jakiegoś dobrego lidera, zapewne wśród gubernatorów. Ale to potrwa. Tymczasem tak długo jak na tle republikanów Obama błyszczy, ma duże większe pole manewru politycznego, spokojniej może robić to, co chce. W najbliższym czasie tak będzie.

*Darrell West jest wiceprezydentem prestiżowego instytutu Brookings w Waszyngtonie bliskiego Demokratom

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':