http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Witajcie w lepszym świecie

Marcin Masłowski, Agnieszka Urazińska
2009-04-28, ostatnia aktualizacja 2009-04-27 21:08

Piętnaście minut przerwy na śniadanie i nagle głos: "K... je...!". Nie?wiedzieliśmy, co to znaczy. Szef mówił, że to sygnał powrotu do pracy

Filipińscy robotnicy w noclegowni przez internet łączą się z krajem
Fot. Marcin Wojciechowski / AG
Filipińscy robotnicy w noclegowni przez internet łączą się z krajem
ZOBACZ TAKŻE
Gdy ksiądz Andrzej Mikołajczyk, proboszcz parafii w podłódzkim Rąbieniu, chciał wyjść rano z plebanii, nie mógł otworzyć drzwi. Pchał je i pchał. W końcu udało mu się wyjrzeć. Na ganku spał skulony mężczyzna. Obok niego kolejny. I jeszcze jeden. Trawnika okalającego pomnik Jana Pawła II właściwie nie było widać spod stosu ciał, toreb i plecaków. "Boże, co wy tu robicie?" - krzyknął. "Przepraszamy księdza, ale nie mieliśmy gdzie pójść" - odpowiedział po angielsku Allan.

Ksiądz Andrzej o nic niespodziewanych gości nie pytał. Wpuścił na plebanię wszystkich Filipińczyków, którzy nocowali w przykościelnym ogrodzie. Nakarmił i napoił gorącą herbatą. Następną noc spędzili u niego pod dachem. - Ewangelia mówi "nakarmcie", to nakarmiłem. O czym tu mówić? - wzdycha proboszcz Mikołajczyk.

Filipińczycy z wdzięczności, nieproszeni, wysprzątali mu cały kościół. Proboszcz znał swoich gości. Od ponad miesiąca pracowali w fabryce okien, którą widać z dzwonnicy. Co niedziela byli na mszy. Ksiądz chwycił za telefon. "Niech pan okaże ludziom miłosierdzie" - poprosił prezesa Kucharskiego.

Prezes fabryki przyjechał na plebanię. Filipińczykom dał pięć minut na decyzję, czy chcą wracać do fabryki. Nie chciał nikt.

Wtedy ksiądz zaalarmował burmistrza. A ten zaprosił Filipińczyków do noclegowni dla bezdomnych, która o tej porze roku stoi pusta (bezdomni wynieśli się z początkiem wiosny). - Trzeba było jakoś ludziom pomóc. Oni nie mieli gdzie się podziać, nie znają języka, nie mają pieniędzy, żeby wrócić do domu - mówi Jacek Lipiński, burmistrz Aleksandrowa Łódzkiego. - Dajemy im jedzenie, musieliśmy też wezwać lekarza, bo

ci robotnicy są na skraju depresji.

Co dalej z nimi będzie, nie mam pojęcia.

Nudzą się. W końcu ile można siedzieć w ogromnej sali i wpatrywać się w telewizor z polskimi programami. Z tych nudów wzięli się do pielenia ogródka. Chcą pomagać, wstydzą się, że są ciężarem. Niepotrzebnie.

- Tak miłych gości nigdy nie mieliśmy. Nie piją. Uśmiechnięci, uczynni, życzliwi - wychwala Irena Kajszczak, kierowniczka ośrodka. - Powoli dochodzą do siebie. Tylko chleba nie chcą jeść. Mają dość, bo mówią, że w fabryce okien żyli tylko o chlebie i wodzie.

Nieformalnym przywódcą 31-osobowej filipińskiej grupy jest Allan Arabia. To on rozmawia z mediami, to na niego koledzy patrzą, gdy trzeba podjąć jakąkolwiek decyzję. Po kilku dniach w noclegowni Allan nie panuje nad emocjami. Rozmawiając z nami, płacze: - Na Filipinach mam żonę i 14-letniego syna. To dla nich zdecydowałem się wyjechać do Europy - opowiada i co chwila wyciera oczy kraciastą chustką. - Kilka miesięcy temu mojego syna poraził prąd. Udało mu się przeżyć, ale zostały duże blizny. Leczenie trwa. Chciałem uzbierać pieniądze na leki i na operację.

Allan mówi najwięcej, ale żalą się wszyscy.

Sonny pracował na Filipinach jako DJ w radiu. Nie starczało na życie dla niego i dwójki dzieci - ma 12-letnią córkę i 6-letniego syna. - Obiecałem im, że będę w Polsce pracował i że będzie nam lepiej. Nie jest. Żona zamartwia się o mnie, płacze. A ja ją pocieszam, że teraz, w noclegowni, już nie jest źle. Traktują nas jak ludzi.

Rowen jest instruktorem tańca, ale kiedy usłyszał o propozycji pracy przy produkcji okien w Polsce, nie wahał się. - Myślałem, że przyjadę do lepszego świata i przywiozę rodzinie szansę na inne życie - mówi. - Za zarobione tutaj pieniądze miałem otworzyć własną firmę. Większość z nas miała takie plany.

Rąbień to wieś położona kilka kilometrów od Łodzi. Do niedawna znali ją - jako "zagłębie skarpetkowe" - głównie Rosjanie i Ukraińcy. Przyjeżdżali tu kupować rajstopy i skarpetki, bo prawie wszyscy w Rąbieniu żyją z przydomowych dziewiarni. Kilka lat temu Rąbień zaczął się kojarzyć także z oknami. Rafał Kucharski razem ze wspólnikami postawił wielką fabrykę - Okna Rąbień. Na okna, tak jak na szparagi, jest sezon. - Przychodzi wiosna, robi się ciepło i ludzie myślą: "Trzeba dokończyć dom i wstawić okna". Wtedy potrzebuję do pracy nawet i tysiąca pracowników - opowiada prezes Kucharski. - Jeszcze rok temu objeżdżaliśmy wszystkie urzędy pracy, wszystkie wioski i miasteczka w województwie. Nawet specjalny autobus mieliśmy, żeby przywoził pracowników z Sieradza i Skierniewic. Ale rąk do pracy wciąż było za mało.

Włosi i Skandynawowie czekali na okna z Rąbienia, a nie miał ich kto robić. Bo jednego dnia nawet 200 Polaków potrafiło iść na L-4, by dorabiać gdzieś "na czarno", a z fabryki brać pensję. ZUS alarmowany przez prezesa, że wszystkie zwolnienia wystawiało kilku tych samych lekarzy, nie kwapił się z kontrolą. Wtedy Kucharski pomyślał o robotnikach z zagranicy.

- Myśleliśmy o Chińczykach albo Wietnamczykach, ale w końcu stanęło na Filipińczykach. Znają angielski, bo to ich język urzędowy, są katolikami, a Filipiny słyną z eksportu robotników. Opłacało się nawet zafundować sto biletów lotniczych, byle tylko u mnie pracowali. Tak myślałem.

Do Rąbienia stu mężczyzn przyjechało z wyspy Negros w połowie marca.

Wytrzymali w fabryce miesiąc. - Pracowałem w Arabii Saudyjskiej, Malezji, nawet dla Gazpromu na Sachalinie robiłem w strasznym mrozie - Jefferson Yambao pokazuje swoje zdjęcia w rosyjskiej uszance. - Ale

nigdzie nie było tak źle jak w Rąbieniu.

Traktowali nas jak niewolników. Mieszkaliśmy w ciasnych kontenerach, zawilgoconych, bez ogrzewania - Jefferson pokazuje zdjęcia, które zrobił swoim starym canonem. - Jedzenie? Chleb twardy jak kamień, ryż gotowany raz na trzy dni. My znamy się na ryżu: to się nie nadawało do jedzenia. Żadnych owoców, raz tylko dali jabłka. Do ryżu czasem dorzucali zimne parówki.

Źródło: Duży Format
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Żegnaj, Kościele

Czy występujący z Kościoła może żądać, by wykreślono go z księgi chrztu? Czy nadal jest katolikiem?