Piotr Słonimski nie żyje. Był wiernym spadkobiercą rodu Słonimskich, który to ród miał dwa odłamy - artystyczno-pisarski i naukowy. Antoni Słonimski był pisarzem; Piotr, bratanek Antoniego, był uczonym. Wedle zgodnej opinii fachowców uczonym najwyższej próby - rozpoczynając od zera, został szefem całej francuskiej genetyki.
Był Piotr człowiekiem nadzwyczajnym: ciepłym i przyjacielskim, pełnym humoru i dystansu wobec świata, pełnym ironii i autoironii. Ten wielki uczony nigdy nie zadzierał nosa, nie było w nim śladu postawy wyższościowej czy lekceważenia jakiegokolwiek rozmówcy. Uwielbiały go kobiety - poetki i kucharki, aktorki i maszynistki. Uwielbiali go mężczyźni - fizycy i filozofowie, pisarze i kierowcy taksówek.
Przeżył wiele. Był żołnierzem Armii Krajowej ściganym przez gestapo i więźniem sowieckich służb specjalnych, skąd wyciągnął go cudem stryj Antoni.
Podczas okupacji obracał się wśród inteligenckiej konspiracji młodego pokolenia, przyjaźnił się z kręgiem tzw. esencjastów, zwłaszcza z Tadeuszem Borowskim. Podczas ostatniego naszego spotkania kilka tygodni temu rozpytywałem go właśnie o Borowskiego, o którym opowiadał fascynująco. Miał opowiedzieć dla "Gazety". Już nie opowie...
Był Piotr człowiekiem mądrym. Nigdy nie wierzył ani w żadne utopie totalitarne XX wieku, ani w żadne pseudomistyczne mętniactwa wielbicieli narodowej krzepy. Komunizmu nie znosił; widział w nim mieszaninę terroru, którego doświadczył, z głupotą, którą jako genetyk rozpoznawał bezbłędnie w dziele Łysenki, nieuka i hochsztaplera.
Nie znosił też polskiego skundlenia, tej mieszaniny szowinizmu, nietolerancji i załgania.
Kochał Polskę Mickiewicza, Prusa i Żeromskiego, Polskę Antoniego Słonimskiego i Czesława Miłosza, Leszka Kołakowskiego, Konstantego Jeleńskiego i Bronisława Geremka; nie znosił Polski, która zaszczuła na śmierć Narutowicza, organizowała getto ławkowe w II RP, zamordowała Makowieckiego i Widerszala podczas okupacji hitlerowskiej. Wszelako wolny był od jakiejkolwiek zapiekłej nienawiści do ludzi. Piotr lubił lubić ludzi.
Był racjonalistą, dzieckiem wieku świateł; wierzył w piękno rozumu ludzkiego i w dociekliwość ludzkiej inteligencji.
Pochodzenia był żydowskiego, czego nigdy nie taił. Nie taił też nigdy głębokiej emocjonalnej wiary w wolną Polskę, dla której wiele uczynił. Wspierał naukę polską i wspierał polską opozycję demokratyczną. Był przyjacielem Leszka Kołakowskiego i Wiktora Woroszylskiego, przyjacielem Komitetu Obrony Robotników i "Solidarności".
Od końca lat 40. mieszkał i pracował we Francji, a przecież do końca pozostał jednym z nas. Choć mawiał o sobie przekornie, że jest kosmopolitą, była w nim na trwale zakorzeniona dawnych Polaków duma i szlachetność.
Zaszczycał mnie swoją przyjaźnią. Napisał do mnie w liście przed trzema laty: „Poznaliśmy się trzydzieści parę lat temu, kiedy Tolek [Antoni Słonimski] wysłał mnie do ciebie na jakieś nocne rodaków rozmowy i małe pijaństwo. Zdjąłem buty, bo mnie uwierały, zaległem w kłębowisku profesjonalnych dysydentów i zaczęliśmy się spierać, zgadzać, porównywać, ulepszać świat, tak jakbyśmy nic lepszego do roboty nie mieli. To trwa do tej pory. Ale obydwaj mamy szczęście: »Le bonheur d'avoir pour métier sa passion «, jak to powiedział Henri Beyle”.
Wielkim szczęściem było spotkać w życiu takiego człowieka jak Piotr.
Źródło: Gazeta Wyborcza