Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Licealista Kacper właśnie skończył 18 lat. Tuż przed urodzinami chciał kupić prezerwatywy w Rossmannie przy ul. Szkolnej w Poznaniu. Ale przy kasie usłyszał: - A dowód osobisty jest?
- Przecież to nie papierosy ani alkohol! - zdziwił się. A po chwili dowiedział się, że Rossmann traktuje je tak samo.
Poprosił o rozmowę z kierowniczką, bo chciał poznać podstawę prawną tego ograniczenia. - No i pani kierownik pokazała mi pismo, w którym powoływano się na konwencję o prawach dziecka - relacjonuje licealista.
Kacper nie jest jedynym klientem, którego Rossmann legitymował przed sprzedażą prezerwatyw. W internecie po wpisaniu do wyszukiwarki słów "Rossmann" i "prezerwatywy" pojawia się temat z forum Kafeteria.pl. A tam we wpisie z lutego internautka skarży się: "Kupiłam dziś w Rossmannie paczkę prezerwatyw. Kobieta za kasą powiedziała, że mam pokazać dowód osobisty. Tłumaczyła to prawami dziecka! Zwaliło mnie z nóg! Mam 21 lat!".
Zbulwersowany Kacper gruntownie zbadał sprawę: - Prezerwatywy w Rossmannie nie są oznaczone jako zakazane dla osób niepełnoletnich. To wymysł tej sieci. I to nielegalny, bo kodeks wykroczeń przewiduje grzywnę dla przedsiębiorcy, który bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży towaru.
Pytamy Romana Lewandowskiego, rzecznika Rossmanna, dlaczego nie sprzedają nastolatkom prezerwatyw. - Ale w naszych sklepach nie ma takiego zakazu - odpowiada.
- A dokument, który pokazano Kacprowi?
Lewandowski przyznaje, że sklepy w całym kraju dwa lata temu dostały pismo od rzecznika praw dziecka. Była nim wtedy
Ewa Sowińska z Ligi Polskich Rodzin. Lewandowski pokazuje nam ten list. Zaczyna się od informacji, że 14 lipca 2006 r. olsztyński Rossmann sprzedał prezerwatywę dziecku (a dokładnie 16-latce). Dalej czytamy: "W opinii rzecznika sprzedaż małoletnim produktów, które przeznaczone są do czynności, które dla osób w tym wieku uznawane są za niemoralne, może przyczynić się do zaburzenia prawidłowego rozwoju dzieci". Na końcu Sowińska prosi Rossmanna o "podjęcie działań mających na celu skuteczne zabezpieczenie prawa dzieci do ochrony przed demoralizacją".
Sieć posłuchała. - Ale chodziło o to, by nie sprzedawać prezerwatyw kilkuletnim dzieciom, a nie nastolatkom - zastrzega Lewandowski. - Jeśli nasz sprzedawca w Poznaniu poprosił o dowód nastolatka, to dokonał nadinterpretacji tego pisma. W naszych sklepach nie ma mowy o legitymowaniu kogokolwiek.
Do Kacpra nie trafia to tłumaczenie. - Rzecznik praw dziecka nie może niczego narzucać, nie ma władzy ustawodawczej ani wykonawczej. Nie wiem też, o jaką demoralizacją tutaj chodzi - mówi. I dlatego sam wysłał do obecnego rzecznika praw dziecka Marka Michalaka e-maila z pytaniem, czy sklep mógł odmówić sprzedaży prezerwatyw.
Dostał odpowiedź: "W Polsce nie ma przepisu, który zabraniałby nabywania prezerwatyw przez osoby niepełnoletnie. Nie ma również obowiązku okazywania dowodu tożsamości podczas kupna prezerwatyw".
To samo Marek Michalak powiedział "Gazecie". - Wątpliwości mogłyby powstać ewentualnie w wypadku osoby poniżej trzynastego roku życia, a więc takiej, która nie ma zdolności do czynności prawnych.
Prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog: - To kuriozum! Jeśli oczekujemy od młodych ludzi odpowiedzialności, musimy dać im możliwość, by byli odpowiedzialni. Nie wyobrażam sobie, żeby we Francji lub w Niemczech w sklepach Rossmanna ktokolwiek pomyślał o legitymowaniu przy zakupie prezerwatyw.
Rzecznik Rossmanna zapewnia, że sklepy dostały od zarządu drugie pismo. Z zaleceniem, by prezerwatyw nie sprzedawać tylko małym dzieciom.