Pani Marta starania o dziecko w kraju, jeszcze za czasów PRL, wspomina jako koszmar. Pięć poronień, leczenie hormonalne, a na końcu rozłożone bezradnie ręce najlepszych specjalistów w dziedzinie bezpłodności.
- Nigdy nie chciałam jechać do Ameryki, mimo że od lat miałam zieloną kartę po matce, obywatelce
USA. Nie brałam pod uwagę wyjazdu z mojego Krakowa - opowiada. - Dokładnie pamiętam dzień, kiedy zdecydowaliśmy z mężem o emigracji. To było październikowe popołudnie, wyszliśmy z kliniki, gdzie usłyszeliśmy, że nigdy nie będziemy mogli mieć dzieci. Ktoś, kto nie starał się w takim zapamiętaniu i desperacji o dziecko, nie zrozumie, że taka diagnoza brzmi jak wyrok. Wtedy Tomek powiedział: Marto, a może udałoby się to w Ameryce? Wówczas w Polsce żaden ośrodek nie oferował jeszcze zabiegu sztucznego zapłodnienia.
Po trzech miesiącach, w 1986 r., Kłubikowie byli w Chicago. Pierwsza próba się nie powiodła. Przy drugiej z trzech zamrożonych embrionów przyjął się jeden. Na świat przyszedł Peter.
Łucja Godecka o dziecko starała się 13 lat, z czego w Polsce przez blisko 12, już w III RP. Odwiedziła wielu znanych specjalistów w Krakowie i Warszawie. - Jeden lekarz twierdził, że cierpię na endometriozę [choroba macicy często prowadząca do niepłodności], inny mówił, że wszystko jest w porządku i szybko powinnam zajść w ciążę. Szczerze mówiąc, miałam już dość ciągłego biegania do lekarzy, brania leków, a w szczególności własnej bezradności. Gdyby nie mąż i bliscy, pewnie bym się poddała - wspomina pani Łucja.
Kiedy wraz z mężem dostali upragnione wizy do USA, za oceanem szybko zdecydowali się na in vitro. - Zaszłam w ciążę już przy pierwszej próbie. Karolinka ma dzisiaj siedem lat i jest najwspanialszym dzieckiem na świecie. Uwielbia prezydenta Obamę i program "You Can Dance". Jest dla nas wszystkim - podkreśla pani Łucja.
Bliźniaki Małgorzaty Łasko - Nicole i Krystian - mają półtora roku. - Dzieciaki pełne są życia i energii. Kiedy kładę je spać, padam z nóg - mówi pani Małgorzata, która do USA przyjechała jako osiemnastolatka w 1993 r.
Tu poznała Kamila. Małżeńska beztroska szybko minęła, kiedy okazało się, że para nie może doczekać się potomstwa. - Kiedy zaczęliśmy podejrzewać, że coś jest nie tak, przeprowadziliśmy badania. Okazało się, że problem leży po stronie Kamila - opowiada pani Małgorzata. - Rozważaliśmy możliwość leczenia w Polsce, bo znajomi powiedzieli nam, że tam też są przeprowadzane zabiegi sztucznego zapłodnienia. Zaczęliśmy zbierać informacje, ale okazało się, że musiałabym spędzić w Polsce całe dziewięć miesięcy, a na to nie mogliśmy sobie pozwolić. No i nie byłoby nas stać na in vitro w Polsce. W Stanach całość leczenia pokryło ubezpieczenie męża.
Po wielu nieudanych próbach w USA Małgorzata i Kamil wreszcie doczekali się upragnionego potomstwa ze sztucznego zapłodnienia.
Uratowała nas karta kredytowa Dziś w Stanach Zjednoczonych in vitro stosuje się powszechnie - na każde sto urodzeń jedno jest sztucznie wspomagane. Koszty mogą być bardzo różne - od 10 do 25 tys. dol. Wpływają na nie zarówno rodzaj posiadanego ubezpieczenia, stopień, w jakim refunduje ono tego typu zabiegi, oraz stawki danego ośrodka, gdzie przeprowadza się zabieg.
Renata Góralczyk jest jedną z pacjentek prof. Ewy Radwańskiej, założycielki i dyrektor najstarszego w Chicago Programu Endokrynologii, Reprodukcji i Niepłodności przy Centrum Medycznym Szpitala Uniwersyteckiego Rush. Zaczęła starać się o dziecko jako 25-letnia mężatka, jeszcze w Polsce. Po latach leczenia usłyszała, że jej szanse na poczęcie drogą naturalną wynoszą 25 proc.
Kiedy dziesięć lat temu przejechała do USA rozpocząć nowe życie, jej największym marzeniem wciąż było dziecko. W klinice prof. Radwańskiej przeszła trzy zabiegi in vitro. Dopiero ostatni z nich, kiedy pani Beata miała 39 lat, zakończył się sukcesem.
- Podczas każdego zabiegu w szpitalu za wszystko musieliśmy zapłacić z własnej kieszeni - za każdą strzykawkę, USG, anestezjologa. W sumie ok. 25 tys. dol. Płaciliśmy gotówką albo kartą kredytową, bo szpital oferował wtedy 30-40 proc. zniżki. Przed trzecim zabiegiem bardzo długo się zastanawiałam. Nie miałam już siły, aby przechodzić przez ten wyczerpujący proces. Nie mieliśmy też pieniędzy, ale los się do nas uśmiechnął i moja aplikacja o kolejną kartę kredytową została zaakceptowana. Limit wynosił 20 tys. dol, bez odsetek, przez cały rok. Akurat wystarczyło na ostatni zabieg - wspomina szczęśliwa matka Emilki.
Marta i Tomasz Kłubikowie opowiadają, że w Polsce na leczenie bezpłodności wydali fortunę. - Głównie dlatego, że Marta leczyła się prywatnie. W sfinansowaniu zabiegu in vitro w Stanach pomogła teściowa, która pożyczyła nam 15 tys. dol. Kiedy wiedzieliśmy już, że Marta jest w ciąży i że nie ma żadnych zagrożeń, sprzedaliśmy mieszkanie w Krakowie i zdecydowaliśmy się osiąść w Chicago - wspomina pan Tomasz.
Rodzice decydują o embrionach
Nie brakuje jednak głosów, że stosowanie metody in vitro w USA całkowicie wymknęło się spod kontroli. Dzieci z zapłodnienia in vitro mają takie gwiazdy show-biznesu jak Marcia Cross, Celine Dion czy Nicole Kidman. W Stanach Zjednoczonych przeprowadza się dziś 130 tys. zabiegów rocznie, po których rodzi się 50 tys. dzieci. Jeszcze dziesięć lat temu było to 65 tys. zabiegów i 20 tys. dzieci.
Według amerykańskiego Kościoła baptystycznego świetnie obrazuje rosnącą modę na tego rodzaju poczęcia przykład 32-letniej Nadyi Suleman. Urodziła ona niedawno ośmioraczki w Centrum Medycznym Szpitala Uniwersyteckiego w Los Angeles, mając już sześcioro dzieci po zapłodnieniu metodą in vitro. Kobieta nie ma męża ani znaczących dochodów, utrzymuje się głównie dzięki pomocy zadłużonych po uszy rodziców.
Zabiegowi in vitro w USA może poddać się każda kobieta bez względu na wiek. Jedyne zalecenie wydane przez Amerykańskie Towarzystwo Medycyny Reprodukcyjnej mówi o wszczepianiu nie więcej niż dwóch zarodków u kobiet poniżej 35. roku życia i nie więcej niż pięciu u kobiet starszych - głównie w celu uniknięcia ciąż mnogich, które są poważnym ryzykiem dla zdrowia matki i jej dzieci.
Jest to jednak tylko zalecenie. Ostateczną decyzję pozostawia się pacjentce i jej lekarzowi, który jest zobowiązany do dostarczania na bieżąco do narodowego rejestru szczegółowych danych z każdego przeprowadzonego zabiegu in vitro.
W rękach przyszłych rodziców leży też los pozostałych pobranych zarodków. W USA embriony mrozi się niemal od początku stosowania metody in vitro, co dla wielu chrześcijan może być poważnym dylematem etycznym.