http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Dlaczego w 1975 r. Czechosłowacy zestrzelili polski samolot

Luboš Palata, Bratysława/Praga
2009-04-15, ostatnia aktualizacja 2009-04-15 17:20

Słowacki IPN wznowił sprawę zestrzelenia w 1975 r. przez Czechosłowaków An-a 2, którym Polak Dionizy Bielański chciał uciec do Austrii

ZOBACZ TAKŻE
Dwa lata temu 15 sierpnia słowackie myśliwce Mig-29 ćwiczą akcję przeciwko samolotowi cywilnemu. Ćwiczenie wprost z pokładu jednego z samolotów obserwuje słowacki minister obrony František Kašicky. Dziś na Słowacji, podobnie jak w Czechach, minister obrony ma prawo podjąć decyzję o zestrzeleniu porwanego samolotu pasażerskiego. Myśliwce najpierw starają się zmusić samolot do lądowania, potem grożą użyciem broni, a w skrajnym przypadku przygotowane są do zestrzelenia samolotu L-410 lecącego na wysokości 300 metrów z prędkością około 300 km/godz.

16 lipca 1975 r. Podobna sytuacja. Dwa czechosłowackie migi-21 i dwa poddźwiękowe samoloty L-29 śledzą polski cywilny dwupłatowiec An-2, który stara się przelecieć przez Słowację w kierunku Austrii. Nie są to żadne ćwiczenia. Polski pilot nie reaguje na polecenia lądowania.

Nad gminą Kuty na czesko-słowackim pograniczu niedaleko granicy z Austrią, pilot Vlastimil Navratil otrzymuje rozkaz otwarcia ognia. Upewnia się, czy dobrze zrozumiał, a kiedy oficer dowodzący z bazy w Brnie potwierdza, strzela. Samolot spada, ginie w nim Polak Dionizy Bielański. Był tylko 8 km od Austrii.

W roku 1975 nikt nie wiedział, jakie niebezpieczeństwo może stanowić porwany samolot, który w rękach terrorystów może się zmienić w narzędzie zagłady. Dlatego prawo w ówczesnej komunistycznej Czechosłowacji i Polsce nie umożliwiało zestrzelenia cywilnego samolotu. To, co z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się zrozumiale i nawet zgodne z prawem, w konfrontacji z obowiązującym wówczas prawem jest przestępstwem, które dodatkowo z punktu widzenia polskiego porządku prawnego nie podlega przedawnieniu.

W roku 1975 ówczesna komunistyczna Czechosłowacja i Polska starały się wyciszyć sprawę An-2 Dionizego Bielańskiego, nazywając ją awarią.

- W dokumentach pojawiają się sformułowania takie jak "katastrofa", "upadek samolotu", "wypadek" - powiedział czeskiemu dziennikowi "Mlada Fronta Dnes" historyk Lubomir Morbacher ze słowackiego Instytutu Pamięci Narodowej, który ponownie otworzył sprawę. Już po roku 2000 sprawą zajmował się nią ówczesny czeski urząd ds. udokumentowania i zbadania zbrodni komunizmu (UDV).

- Doszliśmy do wniosku, że przypadek był niezgodny z ówczesnymi przepisami - mówi dyrektor UDV Pavel Bret. Urząd dowiedział się, kto po stronie czechosłowackiej wydał rozkaz zestrzelenia samolotu. Był to dowódca obrony przeciwlotniczej Jozef Marušak. Według dokumentów archiwalnych cytowanych przez "Mlada Fronta Dnes" rozkaz wydał, gdy oficer ds. kontaktów z zagranicą poinformował go, że strona polska zgadza się na zestrzelenie. W roku 2000 Marušak już nie żył, w czasie śledztwa zmarł również były komunistyczny szef lotnictwa Josef Remek, który miał związek ze sprawą. I USV sprawę odłożył.

Ale została wznowiona na Słowacji, gdzie zajął się nią bardzo aktywny tamtejszy Instytut Pamięci Narodowej we współpracy ze swym polskim odpowiednikiem.

Badają kluczową kwestię dziś, kto po polskiej stronie wydał zgodę na zestrzelenie. - Złożyliśmy akt oskarżenia o podejrzenie o popełnienie przestępstwa przeciwko ludzkości - powiedział w rozmowie z "Mlada Fronta Dnes" słowacki historyk IPN Lubomir Morbacher. Chodzi o część dokumentów, która obejmuje przypadki 42 osób zabitych w czasie próby przekroczenia żelaznej kurtyny, a którymi zajmuje się słowacka policja. W Polsce sprawy nie posunęły się tak daleko. Według rzecznika IPN Andrzeja Arseniuka Instytut "bada sprawę, nie jest ona jednak prowadzona przeciwko żadnej konkretnej osobie".

Dotychczasowe ślady prowadzą jednak do konkretnej osoby. Słowacki dziennik "Sme", który w środę upublicznił imię i nazwisko pilota, cytuje jego wyjaśnienie, opisujące to, co działo się po incydencie. "Na lotnisku (w Brnie) czekał na mnie szef sztabu dywizji, który powiedział mi: Nie zajmujcie się tym, na to zgodę wydał Jaruzelski" - powiedział Vlastimir Navratil. "Byłem żołnierzem, wypełniałem rozkaz".

Według obu wymienionych dzienników, także archiwalne dokumenty sprawy podają, że zgodę na zestrzelenie wydał "minister obrony narodowej PRL", którym wówczas był właśnie Wojciech Jaruzelski. Jeśli jednak nie uda się znaleźć kolejnych dowodów, chodzić będzie tylko o stwierdzenie. "Mlada Fronta Dnes" dodatkowo cytuje cenionego wojskowego historyka Petra Blažka, który mówi: - Nawet jeśli formalnie ponosi za to odpowiedzialność, nie jestem przekonany, że to Jaruzelski wydał taki rozkaz. Decyzja, z braku czasu, mogła być podjęta w sztabie polskiego lotnictwa.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów