Dziś na stadionach z prawa drwi się co tydzień - kibol odpala zabronione race, wykrzykuje rasistowskie hasła, bije porządkowych. Zazwyczaj bezkarnie, bo jest anonimowy.
Od sierpnia się to zmieni. Kupując bilet na mecz, każdy ma mieć kartę magnetyczną ze zdjęciem, z nazwiskiem i numerem PESEL. Właściciel biletu będzie przypisany do miejsca na trybunach.
Zabroniono też zasłaniania twarzy. A nagrania ze stadionowego monitoringu mają być tak dokładne, by trafnie zidentyfikować przestępcę. Dziś jakość zdjęć często to udaremnia.
Na łamiących prawo czekają drastycznie zaostrzone kary. Wniesienie na stadion środków pirotechnicznych, rzucanie przedmiotów na boisko czy zakrywanie twarzy ma kosztować nawet dziesiątki tysięcy złotych.
Ale na nic zda się najlepsza ustawa, jeśli działacze za najprawdziwszych kibiców będą uważać tych, którzy w klubowych barwach są gotowi walczyć w ustawce z kibolami wroga. Dziś to w wielu klubach, niestety, norma. Kibol tam rządzi, nie prezes. Gdy dochodzi do zadym, niektórzy działacze mężnie bronią swoich chuliganów, inni udają, że nic się nie stało, jeszcze inni tłumaczą, że są bezradni, bo prawo jest słabe. W nowej ustawie kluby dostają do walki z bandytami potężny oręż. Mogą same ich karać zakazem wstępu na stadion.
Te, które tolerują chuliganów, zapłacą nawet pół miliona złotych kary. Kibole przestraszyli się nie na żarty. Od dawna Ogólnopolski Związek Stowarzyszeń Kibiców skarżył się gdzie mógł. Ich adwokatom z Prawa i Sprawiedliwości nie przeszkadzało, że szef Związku w swoim klubie - Lechu - mało gorliwie dopingującym kibicom groził "masażem twarzy", a o ustawie pisał: "pier... o Szopenie".
Kibole wierzyli w prezydenta. Jego urzędnicy przyjmowali ich na salonach. Ale Kaczyńskiego nie przekonali.
Teraz ich nadzieja w rzeczniku praw obywatelskich, który może posłać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Janusz Kochanowski robił wszystko, by nowe prawo okaleczyć. Nie słychać, by walczył o deptane przez chuliganów prawa obywatelskie tych, którzy bez strachu chcą pójść na mecz z dziećmi i żonami.
Źródło: Gazeta Wyborcza