Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów pozywa Bank Millennium Pani Zofia dwa lata temu sprzedała mieszkanie w Warszawie. Zarobiła 400 tys. zł i chciała za nie kupić dom. Zastanawiała się, co chwilowo zrobić z pieniędzmi. Doradca namówił ją, by zainwestowała w fundusz akcyjny. Poradził jej też, by dodatkowo zaciągnęła kredyt i te pieniądze też zainwestowała w fundusze. Teraz pani Zofia jest zrujnowana. Niewielka część pieniędzy, których nie pożarła giełdowa bessa, nie wystarczy jej na spłatę kredytu.
To jedna z wielu historii, które ujawnili "Gazecie" byli dyrektorzy oddziałów banku Millennium. Opowiedzieli też, jak każdy nowy pracownik zakładał konto i kartę kredytową najpierw sobie, a potem całej rodzinie i znajomym. Przyznali, że gdy nie mogli znaleźć klientów na produkty bankowe, pracownicy placówki sprzedawali je między sobą. Uciekali się do takich sztuczek, by zasłużyć na premie i uniknąć szykan przełożonych.
Artur Klimczak, członek zarządu Millennium, przyznaje, że część pracowników manipulowała sprzedażą, by osiągnąć wyznaczone im cele. W ten sposób oszukiwali także bank.
- Chodziło głównie o karty kredytowe i systematyczne plany oszczędzania. W procederze w 2008 r. aktywnie uczestniczyło ok. 300 osób spośród 4 tys. pracowników - mówi Klimczak.
Odebraniem premii miesięcznej za grudzień oraz premii rocznej za 2008 r. bank ukarał jednak aż 650 osób - bo tyle korzystało z łamania zasad lub wiedziało o nich. Decyzja jest dla pracowników dotkliwa - asystent sprzedaży zarabia w Millennium ok. 1,5 tys. zł na rękę miesięcznie, a premia wynosi kilkaset złotych.
Pracownicy Millennium twierdzą, że łamanie zasad wynikało z ciągłej presji przełożonych.
Premiemie miesięczne i roczne straciło aż 650 z 4 tys. pracowników Millenium. Także ci, którzy tolerowali łamanie zasad
Klimczak odbija piłeczkę: - Bank jest od tego, by sprzedawać. Zawsze znajdzie się ktoś, komu potrzebna byłaby karta kredytowa, konto oszczędnościowe albo ubezpieczenie. Jeżeli więc pracownik sprzedaży jest niezadowolony, że każemy mu sprzedawać, to może wybrał niewłaściwą pracę.
Pracownicy widzą to inaczej: - Nieprzyjemne telefony czy grożenie zwolnieniem było codziennością.
Skontaktowali się z nami pracownicy również innych banków. Ze smutną konkluzją - takie praktyki to standard. "Nie jest łatwo tłumaczyć się co drugi dzień na dywaniku u szefa, dlaczego nie sprzedałem karty Kowalskiemu, który po prostu jej nie chciał. Każda rozmowa musi kończyć się sukcesem. Klient nie może wyjść z placówki bez konta czy karty kredytowej" - napisał Alek na naszym forum.
Jeden z byłych szefów placówki kolejnego banku z irytacją wspomina szkolenie, jak "przywiązać" klienta. - Nie dajcie klientowi uciec, gdy już wziął pierwszą pożyczkę. Proponujcie mu kolejną, do tego kartę kredytową, kredyt w koncie. Jak będzie spłacał już kilka kredytów, dokładnie monitorujcie spłatę rat. Gdy tylko będą opóźnienia, proponujcie kredyt konsolidacyjny. Klient, który go weźmie, jest wasz! Nie uwolni się od banku przez długie lata - relacjonuje szkoleniowe instrukcje.
Zobacz także: Konto bankowe z zaświatów Pracownik innego banku opisuje, jak uczono pracowników sprzedaży krzyżowej: - Każdemu klientowi mieliśmy wciskać konto oszczędnościowe, ubezpieczenie, informacje SMS-owe. Taki zestaw kosztował ok. 10 zł miesięcznie, ale o tym mieliśmy nie mówić. Jeżeli ktoś przyszedłby z pretensjami, to mieliśmy oddać pieniądze. Ale wiadomo: na dwustu klientów dwóch się zorientuje, a pozostali będą te 10 zł co miesiąc płacić.