http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Alfred Tarski. Bogate życie, żelazna logika

Jan Woleński
2009-04-06, ostatnia aktualizacja 2009-04-03 16:31

Portret jednego z największych logików w historii, Alfreda Tarskiego

Alfred Tarski, 1966 r.
Fot. arch rodzinne
Alfred Tarski, 1966 r.
Jan Woleński
Fot. Mateusz Skwarczek / AG
Jan Woleński

Raz ktoś go zapytał: "Panie profesorze, jak zostać wielkim logikiem, takim jak pan?". Tarski odpowiedział: "To proste. Trzeba być albo Żydem, albo Polakiem, a najlepiej jednym i drugim".



Kilka miesięcy po śmierci Alfreda Tarskiego odbyło się posiedzenie Polskiego Towarzystwa Matematycznego (oddział we Wrocławiu), na którym Jerzy Łoś wspominał wielkiego logika. Zaczął tak: "Tak więc faktem jest, że Alfred Tarski nie żyje [ ], umarł, może trochę skracając sobie życie papierosami, które odpalał jeden za drugim, ale przypuszczam, że głównie dlatego, aby potwierdzić zdanie "Każdy człowiek jest śmiertelny". Ponieważ jest to zdanie prawdziwe w sensie jego teorii prawdy, nie mógł zrobił inaczej".

Tarski pewnie zgodziłby się z takim wyjaśnieniem, ale jak sądzę, jeszcze bardziej odpowiadałoby mu takie oto ujęcie sprawy: "Alfred Tarski umarł, ponieważ w ten sposób potwierdził sylogizm, że skoro każdy człowiek jest śmiertelny, Alfred Tarski jest człowiekiem, więc Alfred Tarski jest śmiertelny". Nic i nikt nie może unieważnić ważności praw logiki, nawet wybitny logik i jego zgon, gdyż logika wyznacza porządek rzeczy i standardy racjonalnego myślenia, nie tylko teoretycznego, ale także praktycznego, nie tylko naukowego, ale także potocznego. Kontynuował w tym pogląd Stanisława Leśniewskiego, który mawiał, że logika jest formalną ekspozycją intuicji i Jana Łukasiewicza, także swego nauczyciela, który określał logikę jako moralność myśli i mowy.

Logik i sybaryta

Tarski był jednym z największych logików w historii. Osiągnął fundamentalne wyniki dla teorii mnogości. Razem z Banachem sformułował tzw. paradoks Banacha-Tarskiego, badał tzw. liczby nieosiągalne. Podał aksjomatykę dla geometrii. Przyczynił się do rozwoju metamatematyki, teorii modeli i rozmaitych systemów logicznych (logika klasyczna, logika wielowartościowa, logika intuicjonistyczna).

Jego idee semantyczne, przede wszystkim słynna definicja prawdy, miały ogromne znaczenie dla filozofii współczesnej, w szczególności filozofii języka i filozofii nauki. Wybitne dokonania naukowe, a także niezwykły talent kształcenia wybitnych uczniów zapewniły Tarskiemu trwały wpływ na rozwój logiki. O ile teorie logiczne rozwinięte przez Tarskiego są proste, harmonijne i klarowne, o tyle jego życie zawodowe i osobiste było pełne zawirowań, zwrotów i dramatów. O tym wszystkim traktuje książka Solomona i Anity Fefermanów, "Alfred Tarski. Życie i logika".

Podtytuł jest nader trafny. Biografia Tarskiego to z jednej strony samo życie, bogate i skomplikowane, a z drugiej logika, wielka pasja Tarskiego, w której nie ma miejsca na emocje czy sentymenty, w której wszystko jest uporządkowane wedle zasad wynikania logicznego - pojęcia, które właśnie Tarski zdefiniował po raz pierwszy w sposób całkowicie poprawny i ogólny.

Jako typ ludzki Tarski był sybarytą. Kochał kobiety, na ogół z wzajemnością, a jego życie było pełne romansów. Uwielbiał przyrodę, zwłaszcza góry i piękne widoki; okna jego gabinetu wychodziły na wspaniały Golden Gate. Był koneserem jadła i napitku. Sam sporządzał owocowe nalewki; Czesław Miłosz, zaprzyjaźniony z Tarskim od czasu swego przyjazdu do USA, po wielu latach wspominał z rozrzewnieniem jakość trunków w domu Tarskiego. Alfred był człowiekiem niezwykle towarzyskim. Miał pokaźne grono przyjaciół, w którym było miejsce i dla Witkacego (autora sugestywnego portretu Tarskiego; jest na okładce książki Fefermanów), Carnapa, Poppera i Quine'a, by wymienić tylko kilku znamienitych logików i filozofów. Korespondencja Kurta Gödla, innego wielkiego logika XX w., w życiu prywatnym raczej mizantropa, ujawnia, że Tarski był jedną z niewielu osób, z którymi Gödel był po imieniu, i chyba jedyną w gronie profesjonalnym.

Żyd i Polak

Alfred Tarski urodził się w Warszawie 14 stycznia 1901 r. Pochodził z rodziny żydowskiej, a jego oryginalne nazwisko brzmiało Tajtelbaum (inna pisownia: Teitelbaum). Rodzina Tajtelbaumów była raczej zamożna. Moja daleka kuzynka Blanch Zwern, mieszkająca obecnie w Atlancie, była gdzieś na początku lat 20. na ślubie swojej siostry z Wackiem Tajtelbaumem, bliskim krewnym Tarskiego (ich ojcowie byli braćmi). Opowiadała mi, że Tajtelbaumowie z dumą pokazywali gościom lodówkę, ponoć jedną z pierwszych w Warszawie.

Rodzice Tarskiego nie byli przesadnie religijni, ale młody Alfred odebrał staranne wychowanie żydowskie. To on poinformował Miłosza przystępującego do przekładu fragmentów Biblii hebrajskiej o polskim tłumaczeniu Tory pióra Izaaka Cylkowa, wydanym w 1895 r. Tajtelbaumowie byli świadomi swego żydostwa i dumni z niego, ale żyli wedle wzorów emancypacyjnych. Tarski w czasach gimnazjalnych czuł się Polakiem i odzyskanie niepodległości traktował jako swój osobisty sukces. Otoczenie nie pozwalało jednak zapomnieć Żydom, kim byli. Niewykluczone, że Tarski tuż przed wojną zobaczył swoje nazwisko w broszurce wydanej przez radykalnych prawicowców ostrzegającej naród przed przefarbowanymi Żydami. Dwoistość narodowa miała już towarzyszyć mu do końca życia. Raz ktoś go zapytał: "Panie profesorze, jak zostać wielkim logikiem, takim jak pan?". Tarski odpowiedział: "To proste. Trzeba być albo Żydem, albo Polakiem, a najlepiej jednym i drugim".

Anegdota brzmi wesoło, ale życie było znacznie bardziej skomplikowane. Żydowi, nawet takiemu, który zdecydował się na pełną asymilację, nie było łatwo w Polsce lat 20. i 30. Piotr Hoffman, polski filozof, obecnie w USA, emigrant z 1968 r. i przyjaciel Tarskiego, powiedział mi, że Alfred z niechęcią wspominał swe lata międzywojenne. Właśnie z uwagi na antysemityzm, przed którym nie uchroniły go konwersja na katolicyzm i zmiana nazwiska (najpierw dodał "Tarski" do swego rodowego nazwiska, a potem już pozostał tylko przy przybranym; jego brat Wacław uczynił tak samo). Powody były także pragmatyczne, mianowicie wzgląd na karierę zawodową (to doradzał mu Leśniewski) oraz plany małżeńskie (ożenił się z Marią Witkowską).

Tarski nigdy nie wypierał się swego pochodzenia. Zapewne bojąc się posądzenia o stronniczość, niechętnie wystawiał rekomendacje Żydom emigrujących do innych krajów. Jurij Gurewicz, wybitny logik pochodzenia żydowskiego, który opuścił ZSRR jeszcze przed 1989 r., opowiadał mi, jak bezskutecznie prosił Tarskiego o napisanie opinii naukowej. W 1968 r. Alfred zrezygnował z przyjazdu do Polski na konferencję z podstaw matematyki i wyraźnie zaznaczył, że był to procent przeciwko ówczesnej antysemickiej polityce władz.

Jednocześnie polonizm był niezmiennikiem przez całe życie Tarskiego. W jego domu w Berkeley zawsze mówiło się po polsku. Obchodzono tradycyjne polskie święta w sposób typowy dla kultury polskiej. Nie była to przy tym demonstracja religijności - Tarski był człowiekiem niewierzącym - ale właśnie łączności z Polską. Pomógł wielu Polakom uzyskać stypendium czy znaleźć pracę. Wstawił się za przyznaniem Miłoszowi profesury w Berkeley. Dom Tarskiego był zawsze otwarty dla Polaków, nie tylko dla logików i matematyków, ale także dla każdego, kto pojawił się w Kalifornii. Tradycja ta jest kontynuowana przez rodzinę, o czym sam mogłem się przekonać, miesiąc mieszkając w domu przy Michigan Avenue w Berkeley.

Tarski żywo interesował się polskimi sprawami publicznymi. Wspierał finansowo KOR i paryską "Kulturę". Od 1980 r. stale nosił znaczek "Solidarności". Życzył sobie, aby po jego śmierci pewna suma pieniędzy wspomogła fundusz stypendialny Fundacji Kościuszkowskiej. W Polsce po wojnie był zaledwie trzy razy, zawsze z niezwykłym wzruszeniem. Gdy organizowaliśmy konferencję w Warszawie w stulecie urodzin Tarskiego, zaprosiłem na nią Leona Henkina, wybitnego logika amerykańskiego, kolegę Tarskiego w Berkeley i jego następcę w roli przywódcy tamtejszej grupy logicznej. Henkin nie mógł przyjechać ze względu na swój podeszły wiek. Napisał do mnie, że Alfred na pewno chciałby, aby jego rocznica była świętowana właśnie w Warszawie, gdyż jego serce zawsze tam było. W jednym z ostatnich zdań w książce Fefermanów czytamy, że Tarskiego "poczucie polskości nigdy nie opuściło". I to jest prawda.

Geniusz bez profesury

Tarski bardzo wcześnie ujawnił swoje nieprzeciętne zdolności. Pierwszy artykuł naukowy opublikował jeszcze jako student (w "Przeglądzie Filozoficznym", a więc nie byle gdzie), doktorat zrobił w 1924 r. Promotorem był Leśniewski. Nie wypromował później nikogo innego i mawiał, że miał 100 proc. genialnych doktorów, z dumą wyjaśniając, kim był ów geniusz. Dwa lata później Tarski został docentem jako najmłodszy matematyk piastujący to stanowisko w historii polskiej nauki. Towarzyszyła mu świadomość najpierw cudownego dziecka czy młodzieńca, ale potem gorycz kogoś, kto nie mógł urzeczywistnić swych ambicji zawodowych. Tarski nie został profesorem do końca swego pobytu w Polsce, tj. do 1939 r., chociaż od 1930 r. uchodził za największą gwiazdę logiki matematycznej w Polsce. Była to opinia nie tylko krajowa, ale także międzynarodowa. Po studiach i doktoracie był asystentem w Uniwersytecie Warszawskim. W 1928 r. przegrał rywalizację z Chwistkiem we Lwowie. Sprawa jego profesury w Warszawie była wielokrotnie dyskutowana, ale zawsze kończyła się na szczeblu Rady Wydziału. W 1937 r. zwolniła się katedra logiki i metodologii w Poznaniu, ale została zwinięta, jak się wtedy mówiło, z powodu tego, że Tarski był murowanym kandydatem. Po śmierci Leśniewskiego w maju 1938 r. Tarski liczył na sukcesję po nim. Nie chciał wyjeżdżać do Stanów na Kongres Jedności Nauki w Cambridge. Wolał być w Warszawie w czasie rozstrzygania schedy po swoim promotorze. W końcu zdecydował się na podróż. MS "Piłsudski", którym podróżował, dopłynął do Nowego Jorku 22 sierpnia 1939 r. Wyjazd prawdopodobnie uratował Tarskiemu życie. Holocaust unicestwił jego rodziców i brata, a także sporo osób z dalszej rodziny. Maria Tarska z synem i córką przetrwała okupację i dołączyła do męża w 1946 r. Przez kilka lat Alfred nie wiedział o losie swych najbliższych.

Historia zawodowego życia Tarskiego dobrze odzwierciedla problemy związane z kwestią żydowską w okresie międzywojennym. W 1989 r. miałem odczyt w Berkeley o rozwoju logiki w Polsce w latach 1918-39. Zapytano mnie, czy Tarski nie dostał katedry z powodu polskiego antysemityzmu. Tak napisano we wspomnieniu o Tarskim w kronice Uniwersytetu w Berkeley, podpisanej przez pięciu kolegów i uczniów Tarskiego. W typowo amerykański sposób zagłosowali i ustalili w stosunku trzy do dwóch, że trzeba wspomniany passus wstawić do tekstu. Rodzina Tarskiego zaprotestowała, ale to nic nie pomogło. Odpowiadając na postawione pytanie, przytoczyłem to głosowanie. Zauważyłem, że nie powinno ustalać się w taki sposób, czy Polska była antysemicka, czy nie. Po odczycie podeszli do mnie trzej członkowie komitetu Tarskiego. Gdy ostatni powiedział mi: "Wiesz, ja byłem przeciw", odpowiedziałem: "W takim razie kto był za?".

Wydaje się, że kwestia żydowska nie miała większego znaczenia w przypadku Lwowa. Chwistek był starszy, bardziej znany od Tarskiego i miał poparcie lwowskich matematyków (chodziło o profesurę z logiki matematycznej na Wydziale Matematyki i Nauk Przyrodniczych). Na dodatek był mężem siostry Hugona Steinhausa (który, jak Tarski, był pochodzenia żydowskiego), jednego z liderów lwowskiej szkoły matematycznej. Popierał Chwistka także Uniwersytet Jagielloński, wprawdzie dlatego, że nie chciano go w Krakowie, ale i to liczyło się.

Sprawa profesury Tarskiego była też rozważana w Warszawie. Trudno powiedzieć, jakie znaczenie miał w tej materii jawny antysemityzm Leśniewskiego i wzmagający się Łukasiewicza. Pytałem o to Janinę Kotarbińską. Odparła, że nigdy nie słyszała o jakichkolwiek działaniach Leśniewskiego czy Łukasiewicza przeciwko utworzeniu dla Tarskiego osobnej katedry, a projekt upadał z powodów finansowych i istnienia już dwóch katedr Uniwersytetu Warszawskiego związanych z logiką i podstawami matematyki. Niemniej jednak wydaje się raczej pewne, że w tym przypadku argument pochodzenia odgrywał jakąś rolę, chociaż być może w ministerstwie, a nie na uniwersytecie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':