Lokal przy rynku w Chorzowie nazywa się Pierogarnia pod Beczką. Mieszkańcy miasta mówią jednak po prostu: idziemy do pierogarni na rynek. Dostaną tu pierogi w 26 rodzajach. Są toskańskie (z mozzarellą), wrocławskie (z ziemniakami) i śląskie (z krupniokiem). - Gdy otwieraliśmy ten lokal trzy lata temu, myśleliśmy o szybkich i dobrych jakościowo daniach. Dlatego postawiliśmy na pierogi - mówi Grzegorz Wójcik.
O tym, że nazwa "pierogarnia" przyjęła się w Polsce, przekonać się można, wpisując to słowo w przeglądarkę internetową - wyskakuje ich setki.
Nic dziwnego, że Wójcikowie zdziwili się, gdy pod koniec lutego dostali od spółki Polskie Pierogarnie wezwanie do natychmiastowego usunięcia słowa "pierogarnia" z szyldu, menu i folderów reklamowych. Tradycja spółki sięga 1989 roku, kiedy na krakowskim rynku powstała pierogarnia Hawełki. Dziś spółka ma pierogarnie również w Zamościu i w Warszawie.
W liście skierowanym do Wójcików spółka informuje, że łamią prawo, bo używają nazwy zastrzeżonej w Urzędzie Patentowym. Podobne pisma dostali właściciele pierogarni w całym kraju.
- To śmieszne, tak jakby zastrzec pizzerię - mówi Łukasz Kowalski, szef pierogarni Stary Toruń.
- Przecież to słowo odnosi się do produktu, jak można go zastrzec? - oburza się Mirosława Betcher, szefowa elbląskiej pierogarni Alibi.
Językoznawca prof. Jerzy Bralczyk już pięć lat temu roztrząsał w "Gazecie", jak nazywać lokal specjalizujący się w pierogach. - Pierogarnia oczywiście - powiedział. - To brzmi swojsko, jak piekarnia. Jakby dobrze poszukać, to pierogarnię można by w jakimś starym słowniku znaleźć - dodał.
- Pierogarnia? Nie, nie ma jej jeszcze w słowniku - mówi językoznawca prof. Jan Miodek. Oznacza to, że nie jest słowem potocznym, choć, jak zaznacza profesor, "ma ku temu potencjał".
- Sami wymyśliliśmy nazwę "pierogarnia", a w 2002 r. uzyskaliśmy ochronę prawną na znak towarowy "pierogarnia" - mówi z przekonaniem Renata Biskupska, prezes Polskich Pierogarni. Dowód? - Śledzę rynek restauratorów i nie przypominam sobie, żeby w latach 90. były inne pierogarnie. Na pierwszym festiwalu pierogów w 2002 roku w Krakowie wśród wszystkich restauracji prezentujących pierogi byliśmy jedyną.
Dopiero pięć lat temu zauważyła, że pierogarnie mnożą się jak grzyby po deszczu.
- Herbaciarnię też ktoś kiedyś wymyślił. Co wam przeszkadza, że ktoś używa pierogarni? - pytam.
Biskupska: - Kilka miesięcy temu otworzyła się pierogarnia obok naszej w Alejach Jerozolimskich. Mamy własne receptury, zupełnie inne od konkurencji, charakterystyczne produkty. Ale dla klientów różnimy się tylko jednym numerem na tej samej ulicy. Nasze lokale prowadzimy pod nazwą: Zapiecek, Polskie Pierogarnie. Ale goście potocznie umawiają się w pierogarni. Największym ryzykiem dla nas jest, gdy goście trafią do innej pierogarni i nie są zadowoleni z obsługi, a następnie przekazują dalej złą opinię. Kopiowanie naszej marki i szyldu przez innych restauratorów może zaprzepaścić nasz dorobek.
Czy zapowiada się pospolite ruszenie polskich pierogarzy? Wydaje się, że do tego dojdzie, choć kilku, m.in. z pl. Zbawiciela w Warszawie, po rozmowie z Biskupską zmieniło już szyld.
- My się nie poddamy. Jestem w kontakcie telefonicznym z właścicielami pierogarni w Gdańsku, Sopocie, Toruniu, Bydgoszczy. Na razie nasi prawnicy piszą odpowiedź do Polskich Pierogarni. Jeśli to nie pomoże, pójdziemy razem do sądu - zapowiada szefowa elbląskiej pierogarni Alibi. Inni zastanawiają się, czy do walki o zachowanie szyldu nie zachęcić klientów.
- Zastrzega się nazwy, a nie słowa. Nie można na przykład zastrzec "fiołkowe" w odniesieniu do fiołów, ale już "papierosy fiołkowe" tak. Nie ma mechanicznych reguł, nazwa musi mieć zdolność odróżniania się, nie kojarzyć się z zastrzeżoną, inaczej brzmieć. Sprawy dotyczące znaku towarowego są skomplikowane, dlatego rozstrzygają je nasi eksperci - mówi Adam Taukert, rzecznik Urzędu Patentowego. Radzi stronom spróbować rozstrzygnąć spór w kolegium orzekającym i dopiero gdy nie dojdzie do ugody, skierować sprawę do sądu.
Źródło: Gazeta Wyborcza