- Chcąc się wykazać, każdy nowy pracownik zakładał konto i kartę kredytową najpierw sobie, a potem swojej rodzinie. Często, żeby poprawić wyniki, pracownicy sprzedawali sobie nawzajem produkty bankowe - wylicza Elżbieta, która kieruje jednym z oddziałów banku Millennium.
Zdarzały się też sytuacje groteskowe. - Niektórzy chodzili na cmentarz i spisywali nazwiska z nagrobków. Potem zakładali na nie konta - mówi.
- Skoro było tak ciężko, to czemu wcześniej nie odeszłaś z pracy? - pytam Elżbietę.
Wzrusza ramionami: - Mam rodzinę na utrzymaniu.
Andrzej, niedawno zrezygnował ze stanowiska dyrektora oddziału: - Wiele sytuacji trudno by nazwać etycznymi. Nieraz widziałem, jak doradcy namawiali 80-letnich emerytów na wysoce ryzykowne fundusze akcji.
Dla niego najbardziej wstrząsającym przypadkiem była 60-letnia rencistka, która sprzedała mieszkanie i kilkaset tysięcy trzymała na budowę domu. Doradca sprzedał jej fundusze akcyjne i poradził, żeby zaciągnęła kredyt, a uzyskane w ten sposób pieniądze też zainwestowała w fundusze. - Ta pani jest zrujnowana. Niewielka część pieniędzy, których nie pochłonęła bessa, nie wystarczy nawet na spłatę zaciągniętych kredytów - mówi Andrzej.
Imiona Elżbiety i Andrzeja na ich życzenie zmieniliśmy.
Dlaczego postanowili teraz wyprać bankowe brudy? Z przyczyn finansowych. Twierdzą, że bank Millennium, w którym oboje pracowali, nie wypłacił im należnych premii za ubiegły rok. Ze względu na słabe wyniki finansowe postanowił oszczędzić na bonusach dla pracowników.
- Limity były wyśrubowane. Wyrobienie minimów to była ciężka harówa, a co dopiero zasłużenie na premię - mówi Andrzej. Twierdzi, że jako dyrektor placówki powinien był dostać ok. 15 tys. zł rocznej premii. Tymczasem na początku roku zaczęło się "polowanie na czarownice". Prześwietlono każdego pracownika dwa lata wstecz. Andrzej założył dla rodziny dodatkowe karty kredytowe do swojego konta. - Nigdy nie było to problemem. Teraz jednak usłyszałem, że działałem na szkodę banku - sztucznie pompowałem wyniki oddziału i wyłudzałem premię - wyjaśnia.
Premii za ubiegły rok nie dostał ani on, ani żaden jego pracownik.
Historia Elżbiety była podobna. - Powinnam dostać 10 tys. zł premii, ale jej nie dostanę, bo - jak mnie poinformowano - działałam na szkodę banku - opowiada. Teraz jest na wypowiedzeniu, bo bank postawił jej ultimatum - albo sama odejdzie, albo zostanie zwolniona dyscyplinarnie.
Co na to bank?
- Nie ma mowy o wstrzymaniu wypłat premii za ubiegły rok. Wszystkie zostały lub zostaną wypłacone pracownikom, którzy mają do nich prawo - mówi Wojciech Kaczorowski, rzecznik banku. - Nie potrafię, niestety, skomentować indywidualnych wypadków, kiedy ktoś nie wykonał planu sprzedaży albo odszedł z pracy w trakcie okresu premiowego.
Dowiedzieliśmy się, że pod koniec roku bank Millennium przeprowadził doroczną kontrolę, która wykazała, że część pracowników podkręcała wyniki. Chodziło głównie o karty kredytowe. W raportach liczba klientów, którzy karty wzięli, wyglądała imponująco. Tymczasem wiele z nich nigdy nie zostało aktywowanych.
Elżbieta i Andrzej twierdzą, że ich przełożeni dobrze o tym wiedzieli, ale mimo to naciskali na oddziały, żeby zwiększały sprzedaż. Od ich wyników zależały przecież premie dyrektorów regionalnych. Dyrektorzy placówek naciskali z kolei na konsultantów i asystentów. Ci stawiani pod murem przez przełożonych byli gotowi wcisnąć klientowi niekorzystny dla niego produkt.
Dr Joanna Heidtman, psycholog biznesu i trener zarządzania, przyznaje, że w ostatnich latach w branży finansowej doszło do wypaczenia wielu wartości. - Najważniejszy jest wynik, udział w rynku. Takie wartości jak relacje z klientami, zespołowość czy rozwój pracowników firmy zapisują w swoich misjach i wizjach. Ale codzienna praca często im przeczy - mówi Heidtman. Wskazuje też, że system motywacyjny zazwyczaj ogranicza się do wykorzystywania mechanizmu kija i marchewki - marchewką jest możliwa do wypracowania premia, a kijem groźby zwolnienia lub ograniczenia nagród finansowych. Jeżeli przełożeni traktują swoich pracowników w sposób instrumentalny, oni przejmują taki sam styl zachowania wobec innych. - Ostatnim ogniwem jest klient. Bankowiec zastanawia się, jak mu wepchnąć kolejne produkty, a nie nad tym, czy dane rozwiązanie jest dla niego korzystne.
Ale na byłych pracowników banku również spogląda krytycznie: - O swoich doświadczeniach zaczęli mówić dopiero, gdy poczuli się finansowo pokrzywdzeni. Jeśli praktyki w banku ich oburzały, powinni byli odejść. Zwłaszcza że w czasach dobrej koniunktury zmiana pracy była możliwa. Niestety, dawali milczące przyzwolenie na nadużycia - uważa Heidtman.
Ani dla Andrzeja, ani dla Elżbiety nie jest to pierwszy bank, w którym pracują. Ich zdaniem wiele banków ma podobne problemy z zarządzaniem sprzedażą.
Źródło: Gazeta Wyborcza