Paweł Smoleński: Cztery lata temu, gdy Izrael wycofywał osadników z Gazy, byliście podzieleni na dwa skaczące sobie do oczu obozy. Niebiescy uważali, że jednostronne gesty wobec Palestyńczyków są dobre dla Izraela i przybliżają pokój. Pomarańczowi - że trzeba być twardym, nie wolno oddawać ani guzika. Dwa lata temu podczas drugiej wojny libańskiej spieraliście się o to, czy należy ostro uderzyć w Hezbollah, czy może szybko zakończyć działania zbrojne. Teraz cały Izrael był za interwencją w Gazie, choć szybko niektórych przeraziła skala wojny z Hamasem i liczba ofiar wśród Palestyńczyków. Liczba tych, którzy wolą twardą postawę, zdecydowanie wzrosła. Etgar Keret: Rozumiałem konieczność interwencji, bo nie może być tak, by ciągle na południowy Izrael spadały rakiety. Każde państwo ma obowiązek obrony swojego terytorium i obywateli. Jednak uważam też, że w Gazie stała się tragedia. Nie można winić za nią tylko mojego kraju, ale my też nie powinniśmy udawać skrzywdzonej dziewicy. Pisałem o tym na pierwszych stronach izraelskich gazet. Po reakcjach czytelników, ale też moich najbliższych zrozumiałem, jak bardzo jesteśmy dzisiaj inni niż kilka lat temu.
Moi rodzice mają śmieszną cechę. Gdy nie podoba im się to, co piszę, starają się tego nie zauważyć. Któregoś dnia przyszedłem do nich z synkiem, pytam: "Mamo, widziałaś mój tekst?", a mama: "Jaką Lew ma ładną nową fryzurę". A przecież wiem, że moi bliscy nie należą do tych, którym interwencja w Gazie dawałaby jakąś satysfakcję. Ale poczułem ich rozgoryczenie i rozczarowanie. Zresztą sam jestem rozczarowany, myślę o Izraelu i nie wiem, co mam myśleć. Nie wiem, jakie mam tu miejsce. Nie umiem się odnaleźć.
Jak twoim zdaniem myśli dziś przeciętny Izraelczyk? Co czuje, jak wyobraża sobie przyszłość? - Ulica jest rozczarowana. Uważa, że od kilku lat kroczymy od klęski do klęski. Klęską było opuszczenie Gazy. Miało być tak: zabieramy osadników, Palestyńczycy rządzą się sami i potrafią docenić gest, przestają strzelać w Aszkelon, Sderot, Ofakim. Tymczasem ataki tylko się wzmogły, minęły cztery lata i musimy bombardować Hamas, żeby wreszcie dał nam spokój.
Tak samo oceniana jest druga wojna libańska. Z wojskowego punktu widzenia wygraliśmy ją bezapelacyjnie, ale co z tego, skoro myślimy, że przegraliśmy, północny Izrael był w zasięgu ich rakiet, setki tysięcy ludzi uciekło z domów. Na dodatek prawie cały świat był wtedy przeciwko nam, bo w Libanie ginęli również cywile. Nikt nie zadawał sobie pytania, jak mamy walczyć z Hezbollahem, jak mamy się bronić, jak odpowiadać na ataki, kiedy oni kryją się w cywilnych obiektach.
Dalej - Palestyńczycy porywają nam żołnierzy, więc Izrael negocjuje, ma zwolnić palestyńskich więźniów. W innej sytuacji to by jakoś przeszło. Lecz jesteśmy sfrustrowani, bo przegrywamy i przegrywamy, więc negocjacje uważamy za kolejną klęskę, przejaw słabości. No i ta straszna Gaza.
Słowem, mamy kiepską samoocenę, a świat patrzy na nas jak na potwory, opisuje interwencję w Gazie jak sytuację w domu, gdzie gospodarz zwariował, złapał za siekierę i morduje wszystkich, którzy wejdą pod rękę. Nie próbuje choć odrobinę nas zrozumieć. Izrael to - zdaniem świata - szaleńcy, agresywni zbrodniarze, wariaci. A więc dobrze - myśli ulica - będziemy zachowywać się jak szaleńcy, jesteśmy szaleni, bo gdy staramy się po dobroci, cicho, spokojnie, tylko zbieramy baty i na dodatek nikt tego nie docenia.
Rozglądamy się wokół i szukamy przykładów, że nie tylko my zwariowaliśmy. Popatrz na Afganistan, na Irak; ilu tam zginęło cywilów. Skoro USA może, to Izrael też może. Zaczęliśmy przemawiać jak George Bush. Tak, zmienił się nasz język opisujący konflikt. Żołnierze zabili cywila, specjalnie, niespecjalnie, to akurat bez znaczenia. Mówiliśmy więc: "zabito niewinnego człowieka". Teraz: "zginął człowiek niezaangażowany w walkę"; zupełnie jak Amerykanie. Mała zmiana, ale jak bardzo wymowna. "Niewinny" znaczy "niewinny". "Niezaangażowany" akurat w tej potyczce nie brał udziału, ale w poprzedniej mógł strzelać, jest podejrzany, to potencjalny łobuz, terrorysta.
Ale przecież w Gazie walczyliśmy z Hamasem. Z prawdziwymi terrorystami, co nie usprawiedliwia tego, że ginęły dzieci. Wiemy, że hamasowcy chowali się w szkołach i w szpitalach, że stosowali taktykę żywych tarcz tak samo jak libański Hezbollah. Wiemy - Izraelczycy i reszta świata - co Hamas wyprawiał w Gazie, jak rządził, w jaki sposób rozprawił się z Fatahem. Przecież tam zabijano i torturowano ludzi tylko za to, że należeli do Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Czyli znaleźliśmy się w kropce. Nie mogliśmy nie odpowiedzieć na ataki z Gazy. Nie możemy usprawiedliwić śmierci cywilów. Jakoś to wszystko racjonalizujemy, jakoś próbujemy objaśnić, porachować, ale bilans wychodzi ujemny.
I w takiej atmosferze wybieracie nowy parlament. Gdy trwała interwencja w Gazie, mówiłeś, że jej skala miała pokazać wyborcom: centrum i lewica też potrafią twardo postępować z Palestyńczykami. - Bo i tak było. W telewizji pokazywano np. spoty ministra obrony i szefa Partii Pracy Ehuda Baraka, który dowodził operacją w Gazie. Przekonywał, że potrafi być twardy, próbował mówić po rosyjsku, może zdawało mu się, że tak przyciągnie wyborców Awigdora Liebermana. A i tak przegrał z kretesem.
To były dziwne wybory. Nie za kimś, lecz przeciwko komuś. Wielu ludzi chciało zatrzymać prawicę, dlatego głosowali na Kadimę pani Cipi Liwni i byłego premiera Ehuda Olmerta. Odeszliśmy od lewicy, gdyż wszystkie sondaże wskazywały, że i tak polegnie. Nikt nie miał złudzeń, że po wyborach będzie lepiej. Zdecydowaliśmy się na strategię mniejszego zła.
Mam obyczaj porównywać polityków do postaci z codziennego życia. Ariel Szaron był jak ojciec: patriarchalny, groźny, jeśli coś postanowił, musiało się stać. Nie lubiłem go, lecz myślę, że umiałem docenić. Ehud Barak i szef Likudu Bibi Netanjahu są jak szefowie ponadnarodowych, wielkich korporacji; dla nich Izrael to taki drugi
Microsoft. A Olmert to znów kibic piłki nożnej. W zasadzie nie kibic, lecz kibol.
Napisałem kiedyś skecz o kibolach Beitaru Jerozolima. To chyba najbardziej fanatyczni, zacietrzewieni kibole w całym Izraelu. Idzie mniej więcej tak: trwają przygotowania do meczu, ale nie ma dobrej pogody, więc kibole żądają od władz klubu, żeby zamówili pogodę. Pogody nie można zamówić, lecz oni nie przyjmują tego do wiadomości; ma świecić słońce, i koniec, a jak nie zaświeci, to spalą budynki klubowe. Dlaczego chcą je spalić? Bo są z drewna, więc łatwo się spalą.
Olmert dwa razy spalił klub. Pierwszy raz podczas wojny libańskiej, a drugi raz w Gazie. Bez sensu, na złość. Dlaczego tak myślę? Bo ani w Libanie, ani w Gazie nic nie ugraliśmy, nie rozwiązaliśmy żadnego problemu.
Olmert jest apodyktyczny jak kibol, nie umie ścierpieć ludzi, którzy nie respektują jego autorytetu. Kibole Beitaru potrafią żądać od trenera, by zmienił gracza, który im się nie podoba. Jak nie, zaczyna się awantura. Olmert postępował podobnie. Zmieniał graczy, którzy spisywali się dobrze, pienił się, krzyczał. Pokazywał, jaki jest ważny; chwalił się, że kiedyś sam George Bush musiał przerwać jakieś ważne zajęcia, bo on, premier Izraela, musiał mu coś zakomunikować.
Nie miał żadnego politycznego planu. Wzywał do walki z korupcją, a sam był skorumpowany. Przedstawiał się zawsze jako ofiara podstępów i knowań. Na dodatek nikt go nie wybrał! Został premierem, gdy Ariel Szaron dostał wylewu.
Wszystko wskazuje na to, że premierem zostanie Bibi Netanjahu. Opozycji będą przewodzić Liwni i Barak. Netanjahu już był premierem i odszedł w niesławie. Barak też był premierem i też nie jest najlepiej wspominany. Liwni również nie jest nową twarzą. Czy Izrael cierpi na kryzys przywództwa? - Tylko na lewicy i w centrum. Prawica ma się nadzwyczaj dobrze. Spójrz na wyniki religijnej partii Szaas. Ich rabini ciągle trzymają rząd dusz, zbierają wysokie poparcie, mogą wywracać koalicje rządzące. Popatrz na Rosjan. Mają swojego Liebermana, głosują na niego, wierzą mu jak jakiemuś prorokowi. Partia Liebermana to rasiści i faszyści. W wielonarodowym Izraelu nie powinni zbierać aż tylu głosów. Zresztą - w żadnym państwie demokratycznym. To w dodatku partia wodzowska. Nie ma w niej żadnej różnicy zdań, żadnej dyskusji.