http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tajemnica sukcesu Gatesa, Kubicy i Mozarta

Malcolm Gladwell
2009-03-27, ostatnia aktualizacja 2009-03-27 07:55

Tajemnica sukcesu Amadeusza Mozarta, Billa Gatesa i The Beatles: szlifowali swój talent przez co najmniej 10 tysięcy godzin. Ale sprzyjało im coś jeszcze.

Malcolm Gladwell
Fot. TOMASZ DEPTULA
Malcolm Gladwell
ZOBACZ TAKŻE
Od tygodni okupuje pierwsze miejsce listy bestsellerów "New York Timesa": najnowsza książka Gladwella wczoraj miała premierę w Polsce - wydał ją Znak. "Poza schematem" (ang. "Outliers") stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niektórzy ludzie odnoszą sukces. Analizuje ich życiorysy: tropi okoliczności, które im sprzyjały i ograniczały. Wiadomo, że "bez pracy nie ma kołaczy". Gladwell wylicza jednak precyzyjnie, ile tej pracy trzeba włożyć.

Ślady schematu, który opisuje, odnajduję w jego własnej karierze.

46-letni dziennikarz jest synem angielskiego matematyka i jamajskiej psychoterapeutki. To popularnonaukowa twórczość matki zainspirowała Gladwella do pisania o odkryciach nauki, zwłaszcza socjologii i psychologii.

Urodzony w Wielkiej Brytanii Gladwell wychował się w Kanadzie, gdzie odnosił sukcesy w biegach średniodystansowych i studiował historię na uniwersytecie w Toronto. Karierę zrobił w USA, dokąd przeprowadził się w 1984 r. Zaczynał w niszowym miesięczniku "American Spectator", nazwisko wyrobił sobie w prestiżowym dzienniku "Washington Post", a skrzydła rozwinął w czytanym przez elity tygodniku "New Yorker".

Obraca się we wpływowych kręgach Waszyngtonu i Nowego Jorku - cieszy się przyjaźnią Anne Applebaum, znanej pisarki, żony polskiego ministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego; jest chrzestnym ich syna Aleksandra.

Jak łatwo policzyć, zanim wydał swoją pierwszą książkę "Punkt przełomowy" (ang. "Tipping Point") w 2000 r. - szlifował talent pisarski przez co najmniej 35 000 godzin (16 lat x 52 tygodnie w roku x 42 godziny pracy tygodniowo). Książką o tym, że modą i epidemią rządzą te same zasady, wstrzelił się w zainteresowania młodych entuzjastów marketingu, zarządzania i nowych mediów. W kolejnym bestsellerze - "Błysku" (ang. "Blink") z 2005 r. - odsłaniał kulisy intuicji. Dziś wielkie korporacja zapraszają Gladwella na zamknięte odczyty: pisarz inkasuje nawet 80 tys. dol. za godzinę.

"New Yorker" daje mu wolną rękę w doborze tematów i nie wymaga, by regularnie stawiał się w redakcji. Gladwell pracuje w swoim nowojorskim mieszkaniu albo w pobliskich kawiarniach.

Umawiamy się w jego kawalerce na poddaszu starej kamienicy w modnej wśród artystów dzielnicy West Village na Manhattanie. Na 40 m kw. mieszczą się dwa pokoje, w tym jeden połączony z kuchnią, setki książek - na półkach i na podłodze - oraz rower. W kominku zamiast zgliszcz - stosy nierozpakowanych prezentów, głównie alkoholi.

Gladwell robi nam herbatę, siada na jednym krześle, na drugim kładzie nogi, jest wyluzowany. W czasie rozmowy często poprawia rozwichrzoną czuprynę.

Vadim Makarenko: Mój kolega Mariusz Szczygieł pisał reportaż o Tomaszu Bacie, czeskim przedsiębiorcy. Po miesiącach negocjacji sekretarka obwieściła, że szef jest bardzo zajęty, dlatego odpowie tylko na jedno pytanie. I lepiej, żeby było ono naprawdę ważne. Kolega siadł i napisał: "Szanowny Panie Bato, jak żyć?". Moje pytanie jest równie ważne: Panie Gladwell, jak mam wychować córkę, żeby odniosła sukces?

Malcolm Gladwell: O, boże! To niezwykle ważne pytanie! Spędziłem sporo czasu, by dowiedzieć się, co rodzice powinni dać dzieciom i sądzę, że najważniejsze to przekazać im, że praca ma sens i człowiek może się w niej spełnić.

Niestety, większość prac na świecie nie ma sensu, więc dla większości ludzi spełnienie w pracy nie jest oczywiste. Jednak im więcej wysiłku włożą, tym większa będzie nagroda. Wpojenie tego dziecku da mu przewagę.

To aktualne? W dobie kryzysu? Lucy Kellaway, publicystka "Financial Times", pisze: "Oczekiwaliśmy, że praca będzie ciekawa i sensowna. Ale gdy jest zagrożona, (...) szukanie w niej sensu jest bezsensowne. W pracy chodzi o rzeczy podstawowe: zarobić na jedzenie oraz dach nad głową".

- Nie zgadzam się. Nawet jeśli nasza praca nie jest sensowna, aktualne pozostaje pytanie: do czego aspirujemy? W gospodarce zawsze - niezależnie od cyklu - będą stanowiska, na których praca przynosi satysfakcję. Pytanie: kto je obejmie? Kto dostanie szansę? Myślę, że będą to ludzie, którzy wierzą w sensowność pracy, bo wynieśli tę wiarę z domu.

Oczywiście, dobra praca to nie najważniejszy i niejedyny składnik szczęścia, ale niewątpliwie ważny, by osiągnąć sukces.

Do której szkoły lepiej posłać córkę - do publicznej czy prywatnej?

- Nie mam pewności. Nie sądzę, by wybór między szkołą prywatną i publiczną był szczególnie istotny, choć rodzice przywiązują do niego wielką wagę. Moim zdaniem nadmierną - w USA wiele szkół publicznych i prywatnych oferuje dzieciom porównywalną jakość nauczania. Ale nie wiem, jaka jest jakość szkolnictwa w Polsce.

W książce dowodzisz, że dzieci urodzone w drugiej połowie roku mają trudniej w nauce, a następnie również w karierze. Moja córka urodziła się w październiku, poszła do I klasy, nie mając ukończonych 7 lat. Czy będzie jej aż tak trudno?

- Jeśli twoja córka należy do najmłodszych dzieci w klasie, jej pozycja startowa jest znacząco słabsza niż innych dzieci. Musi konkurować ze starszymi koleżankami i kolegami, bardziej dojrzałymi psychicznie i intelektualnie.

Gorzej, gdy przeszkód jest więcej - np. dzieci z biednych rodzin, które na dodatek są najmłodsze w klasie, zwykle osiągają w szkole wyniki poniżej średniej. Chcąc nie chcąc, będą miały w życiu trudniej.

Natomiast jeśli dziecko jest inteligentne, odrabia dodatkową pracę domową, a do tego ma rodziców, którzy je wspierają i inspirują, to z łatwością poradzi sobie z przeszkodą wynikającą z daty urodzin.

Nie mam jednak wątpliwości, że system szkolnictwa głupio spiskuje przeciwko twojemu dziecku.

Co zrobić, żeby jej pomóc?

- Cóż, można było ją posłać do szkoły rok później. Nie, przepraszam, to głupie...

Przede wszystkim powinieneś być świadom problemu i uważnie obserwować jej postępy w nauce, przynajmniej w ciągu pierwszych pięciu-sześciu lat szkoły. Jeśli przyniesie do domu czwórkę, to pamiętaj, że to nie jest ta sama czwórka, którą dostali jej starsi koledzy z klasy. To wymagało od niej więcej wysiłku.

Ile ona ma teraz lat?

Osiem.

- Na tym etapie życia nawet niewielkie różnice wieku mają znaczenie.

Jaką strategię wychowania przyjąć? W książce opisujesz dwie skrajne. Pierwsza - bym świadomie obciążał dziecko kursami, dodatkowymi lekturami i ćwiczeniami, nawet w wakacje. Druga - bym pozwolił jej na samodzielne decydowanie, czy wolny czas spędzać na nauce.

- Nie masz wyboru, zostaje tylko pierwsza. Nie dlatego, że jest idealna, lecz dlatego, że to pomaga osiągnąć najlepsze wyniki w warunkach wielkiej konkurencji, w której startuje twoja córka urodzona w XXI stuleciu. Jeśli dziecko boryka się z innymi przeszkodami - choćby z powodu daty urodzin - jesteś na tę strategię skazany. Tym bardziej że wielu rodziców wychowuje tak swoje dzieci - konkurentów twojej córki.

Boję się trochę, że zamęczę dziecko.

- Istnieje takie ryzyko. Strategia wychowawcza, o której rozmawiamy, pomaga dziecku przebić się w wyścigu szczurów, ale ma wiele minusów. Dobrze urodzone, wyedukowane, inteligentne, wygadane dziecko, które uważa się za pępek świata, niekoniecznie jest przyjemnym towarzystwem. Warto o tym pamiętać.

Nie to miałem na myśli. W książce opisujesz Marquitę - nastolatkę z patologicznej rodziny mieszkającej w nowojorskim Bronksie. Matka zapisała ją do renomowanej szkoły publicznej słynącej ze świetnych wyników, po której łatwo zdać na dobrą uczelnię. Ale teraz Marquita wstaje przed godz. 6 rano, odrabia pracę domową i wychodzi do szkoły, skąd wraca o 17.30. Siada do lekcji i pracuje do 22.30 z przerwą na kolację. I tak codziennie. I ty uważasz, że Marquita złapała pana Boga za nogi?

- Tak uważam.

A dzieciństwo? Ona nie ma czasu na zabawę, odpoczynek, ciągle jest zmęczona, straciła przyjaciół.

- Tak, ale ona nie ma wyboru. Może poświęcić swoje młode lata teraz i wybić się ze środowiska, w którym się urodziła, albo nie poświęcać się i spędzić resztę życia na Bronksie, w takiej samej biedzie, jaką klepie jej matka. Nie ma innych scenariuszy, nikt jej nie uratuje, zwłaszcza w USA.

Renomowana szkoła i późniejsze studia to jej jedyna szansa na życie i pracę, w której będzie mogła się spełnić. Ona doskonale to rozumie, jest gotowa zapłacić tę cenę. To jej wybór.

Nie można nikogo zmusić do podjęcia takiego wysiłku, ale jako rodzice powinniśmy zaoferować dziecku taką szansę.

Co z dziećmi, które jej nie wykorzystają?

- Cóż, zachodnie społeczeństwa niezwykle rzadko dają dzieciom drugą lub trzecią szansę. W najlepszym wypadku dają jedną, a i to rzadko.

Ile warta jest iskra boża

Które zawody mają przyszłość? Bankowość, informatyka, mikrobiologia, prawo? Do którego mam szykować córkę, by osiągnęła sukces w życiu?

- Jeszcze nie wiadomo. Rodzice Billa Gatesa nie mieli pojęcia o tym, że komputery - które go tak zafascynowały - odegrają w jego życiu tak ogromną rolę. Jego matka sądziła, że pisanie programów jest stratą czasu.

O sukcesie w dużym stopniu decydują różne okazje, które napotykamy w życiu, historyczne okoliczności, przynależność do pewnego pokolenia.

Przykład: prawnicy żydowskiego pochodzenia, którzy w latach 50. i 60 opanowali w nowojorskich kancelariach doradztwo przy przejęciach firm, też nie wiedzieli, że wchodzą na obszar, który przyniesie im w kolejnych dekadach oszałamiający sukces. W tamtych latach przejęcia uchodziły w środowisku prawniczym za brudną robotę, której renomowane kancelarie nie chciały się podejmować.

Czyli cały model wychowania, który mi podsuwasz, tak naprawdę rozbija się o łut szczęścia?

- W mojej książce nie opisuję wszystkich czynników, które decydują o tym, czy osiągniemy sukces. Przecież duże znaczenie mają po prostu zdolności każdego z nas.

Mnie interesowało, co jeszcze musi się wydarzyć - prócz wrodzonych zdolności - by człowiek sukces osiągnął albo żeby sukces był przynajmniej bardziej prawdopodobny. Ale nawet jeśli to wszystko się wydarzy, łut szczęścia wciąż odgrywa ogromną rolę.

Nie mam prostej recepty na sukces. Jeśli człowiek ma wszelkie przesłanki do tego, żeby coś osiągnąć, ale mimo to i tak tego nie osiąga, to po prostu oznacza, że czegoś jeszcze mu brakuje.

A co z geniuszem Szekspira? Recenzent twojej książki z "New York Timesa" obiecał, że kupi 25 egzemplarzy "Poza schematem" i będzie rozdawał je za darmo na Times Square, jeśli uda ci się sprowadzić sukces wieszcza do poziomu "produktu zwykłych sił społecznych".

- Nie poddawałem w wątpliwość roli, jaką odgrywa talent w osiąganiu sukcesu. Natomiast twierdzę, że wiele musi się wydarzyć, by talent się rozwinął.

Nie znam życiorysu Szekspira na tyle, by ocenić, co mu sprzyjało, a co ograniczało. Ale nie mam wątpliwości, że jeśli bliżej się przyjrzymy Szekspirowi, to odnajdziemy tam fragmenty historii opisanych w mojej książce.

Zgodnie z twoją teorią, żeby zostać ekspertem w dowolnej dziedzinie, potrzebny jest trening trwający co najmniej 10 tys. godz. W książce dowodzisz, że ludzie sukcesu - Bill Gates czy Beatlesi - właśnie tyle poświęcili, by nabyć niezbędne umiejętności. Nawet Mozart musiał komponować swoje 10 tys. godzin. A co z Salierim - konkurentem Mozarta - który swój odrobił, a z jakiegoś powodu nie przeszedł historii tak jak Mozart?

- Warto byłoby prześledzić ich życie. Wiemy na przykład, że Mozart miał charyzmatycznego ojca, który popychał do przodu karierę młodego Mozarta. Salieriemu najprawdopodobniej takiego ojca zabrakło. A więc te postaci dzieli tło rodzinne.

Ponadto Mozart zaczął pracować nad swoim warsztatem dużo wcześniej niż Salieri, to wiele znaczy. Możliwe też - choć tego nie wiemy na pewno - że ich stosunek do pracy był różny.

No i, oczywiście, talent - taki jak Mozarta zdarza się raz na milion osób. Miał go po prostu więcej niż kolega.

Jednak samo posiadanie talentu zwykle nie wystarcza. Dlatego tak mnie interesuje, jakie miejsce Mozart zajmował w swoim pokoleniu, jak był kształtowany przez rodzinę, kulturę i okoliczności.

Widziałeś film "Amadeusz"?

- Tak.

A więc pamiętasz, jak Mozart traktował komponowanie. Sprawiało mu ono radość i przychodziło z lekkością, podczas gdy Salieri okropnie się męczył. Wyobraź sobie: 10 tys. godz. męczarni!

- Gdy mówimy o tej zasadzie, trzeba zrozumieć, że nie chodzi o 10 tys. godz. jakichś tam ćwiczeń. Ci, którzy odnoszą sukces, angażują się w ćwiczenia, lubią je robić, widzą w nich sens, czerpią z nauki radość i spełnienie. Możliwe, że dla Mozarta owe 10 tys. godzin ćwiczeń były dużo bardziej przyjemne i sensowne niż dla Salieriego.

A może Salieriemu po prostu zabrakło iskry bożej? Jeśli nie mamy talentu, ale mamy wszystko to, co według ciebie jest potrzebne - odpowiedni wiek, wychowanie, wykształcenie, otoczenie, 10 tys. godzin ćwiczeń - co właściwie możemy osiągnąć?

- Całkiem dużo.

Popatrz na skład profesjonalnej drużyny sportowej, np. futbolowej czy hokejowej. Pojechałem kiedyś na kombinat ligi NHL, rodzaj zgrupowania, na którym łowcy talentów z pierwszoligowych klubów oceniają zdolności młodych graczy. Był tam Rosjanin Aleksiej Czieriepanow, który notabene pod koniec ub.r. zmarł na niewydolność serca. Już wtedy wszyscy spece hokejowi zgadzali się, że ten chłopak miał więcej talentu niż ktokolwiek spośród obecnych - pięknie jeździł, celnie podawał - ale... czegoś mu brakowało. Nikt nie wiedział, czego dokładnie.

Czieriepanow nie miał miłości do gry, tego zacięcia, które mieli jego konkurenci. Jednym z ćwiczeń, którym poddawano hokeistów, był sztuczny rowerek. Większość dawała z siebie wszystko, pedałowali co sił niemal po 15 minut każdy. A Czieriepanow po dwóch minutach przerwał. Może się znudził? Ciekawe, prawda?

A więc talent jest ważny, ale nie najważniejszy. Jestem pewien, że jeśli spojrzysz na polską drużynę piłkarską, to znajdziesz w niej graczy o dużym talencie, którzy jakoś nie robią z niego większego użytku. Inni sportowcy, choć nie tak uzdolnieni, potrafią wznieść się na wysoki poziom tylko dzięki pasji i ciężkiej pracy. Oni mogą zajść bardzo daleko.

Wiesz co, w Polsce jest takie przysłowie: "Bez pracy nie ma kołaczy". Mówi się też: "Trening czyni mistrza". W sumie twoja książka powtarza dość znane i stare prawdy.

- Tak, często mówimy: "Ciężka praca jest kluczem do sukcesu", ale nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo ciężka ona musi być. Najczęściej dużo cięższa, niż nam się wydaje. Oto, co nowego mówi moja książka: ważna jest nie tyle ciężka praca, co jej wymiar.

Komu pomoże kryzys

Czy kryzys, z którym boryka się teraz Ameryka i świat, to szansa czy przeszkoda dla ludzi, którzy dążą do sukcesu?

- Na pewno kryzys będzie dla jednych szansą, a dla innych przeszkodą. Jeszcze nie wiemy dla kogo, ale ktoś zawsze dostaje uprzywilejowaną pozycję dzięki zawirowaniom.

Wrócimy do nowojorskich prawników żydowskiego pochodzenia: ich wykluczenie z salonów palestry, gdy zajęli się przejęciami firm, wyglądało na ogromną przeszkodę, a tymczasem okazało się szansą, który oni dostrzegli i wykorzystali ku zdziwieniu innych.

W historiach, które zebrałem, pracując nad książką, szansa przybiera tak wiele różnych i nieoczekiwanych form, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć.

A czy kryzys nie przynosi nowych definicji tego, co jest, a co nie jest sukcesem? Jeszcze rok temu praca w banku inwestycyjnym Lehman Brothers była czymś pożądanym, a dziś - gdy bank zbankrutował - to poważna rysa w życiorysie.

- Kryzys może przynieść pewne roszady. Zawód bankiera inwestycyjnego już nie jest tak atrakcyjny jak kiedyś. Być może tradycyjne zawody wrócą do łask? Może teraz bycie lekarzem, nauczycielem czy inżynierem będzie więcej znaczyć?

Możemy też rewidować swoje wydatki i wyobrażenia o ilości pieniędzy, którą potrzebujemy na życie. Możemy zastanawiać się, jak bardzo sukces w ogóle wiąże się z pieniędzmi.

Ale po pierwsze, w każdej epoce były okresy, w których żyliśmy ponad stan tak długo, aż w końcu wszystko straciliśmy. Ale potem zbieraliśmy się do kupy i wracaliśmy do poprzednich zwyczajów. Nie wierzę w trwałe przewartościowanie.

Po drugie, kryzys nie podważa wartości sensownej pracy. Wręcz przeciwnie, ta wartość zyska na aktualności, bo jest uniwersalna i trendy gospodarcze nie mają na nią wpływu.

Jakiej wiedzy i umiejętności potrzebuje dziś Ameryka, żeby dźwignąć się z kryzysu?

- Historycznie rzecz ujmując, Ameryka wygrzebywała się z kryzysów, uwalniając wyobraźnię i w dużej mierze robiła to z pomocą imigrantów. Trochę niepokoi mnie, że tym razem stosunek wielu Amerykanów do imigrantów jest wrogi. Przybysze nie są postrzegani jako potencjalna deska ratunku, ale jako źródło kłopotów.

Uważam, że zastrzyk ciężko pracujących ludzi spoza Ameryki może pomóc odbudować ten kraj. To oni przynoszą nową energię i nowe pomysły, a Ameryka zawsze była na tym budowana. Dlatego dziś chciałbym tu każdego, kto ma ochotę przeprowadzić się do Ameryki właśnie teraz, gdy jej gospodarka nie przypomina rozgrzanego do białości silnika.

Niestety, dziś uważamy raczej, że sami sobie poradzimy.

Ile szczęścia miał Obama

Studiowałeś biografię Baracka Obamy pod kątem swoich teorii? Dlaczego osiągnął sukces?

- Barack Obama to produkt szans oferowanych przez społeczeństwo. To stypendysta elitarnych uczelni (uniwersytetów Columbia i Harvarda). Bez tego stypendium mielibyśmy dziś innego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Co ciekawe, w ostatnich 30 latach polityka podatkowa naszego kraju spowodowała, że stypendiów jest coraz mniej i studenci z biednych rodzin nie są w stanie się przebić. To wybór, którego dokonaliśmy, jako społeczeństwo.

Ale stypendium to nie wszystko. Obama miał wyjątkowe szczęście podczas kampanii - wystartował w wyborach w chwili, gdy Republikanie mieli najniższe notowania od 40 lat.

Jego rodzinne tło jest równie ciekawe, bo Obama jest wolny od okropnego dziedzictwa amerykańskiego niewolnictwa. Dorastał poza Ameryką Północną, a więc jego doświadczenia są inne niż w przypadku Afroamerykanów.

W pewnym sensie Obama jest outsiderem.

Bycie outsiderem nie jest kłopotem, ale daje jakąś przewagę?

- Daje. Przede wszystkim nie jesteś skrępowany zasadami, które rządzą w danym środowisku i krępują wszystkich dookoła. Nie masz udziału w systemie społecznym, do którego wchodzisz, a to daje ci świeżość spojrzenia.

Właśnie pracuję nad tekstem o trenerze koszykówki, który zupełnie inaczej ćwiczy swoich zawodników niż trenerzy konkurencyjnych klubów. Właśnie dlatego, że jest outsiderem.

Owszem, outsider płaci jakąś cenę, ale to nie jest tak, że nic nie dostaje w zamian. To fascynujące. Ciekawi mnie na przykład, czy ludzie z zewnątrz potrafią zdominować kulturę, do której przychodzą? Czy zdają sobie sprawę z tego, jaką przewagę daje im ich status?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 18 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':