"Żywie Biełoruś!" - usłyszeli warszawiacy, którzy wybrali się wczoraj na koncert "Solidarni z Białorusią". Po raz pierwszy od czterech lat koncertu nie transmitowała Telewizja Polska.
- Mówią, że młodzież nie ma ideałów. A patrz pan, jak krzyczą! Aż na sercu ciepło - cieszyła się Renata Stępień, przypinając do płaszcza biało-czerwono-białą wstążkę. To barwy wolnej Białorusi. Wczoraj utonął w nich plac Teatralny w Warszawie.
Z Białorusią solidaryzowali się ze sceny m.in. Tymon Tymański, Tilt,
Izrael, Grzegorz Markowski i Halina Frąckowiak.
- Świetna
muzyka. Ale jakby była kicha, też bym przyszedł. Bo cel słuszny. Jeden koncert nie zmieni sytuacji politycznej na Białorusi, ale tu chodzi o manifestację poparcia dla białoruskiej opozycji. Żeby ci ludzie nie czuli się sami z tym, co robią - mówił licealista Jeremiasz Berner. A 18-letni Krzysiek, który kilka dni wcześniej pomagał przy symbolicznym kneblowaniu warszawskich pomników w ramach akcji "Daj głos Białorusi", zamachał wielką flagą.
- Teraz małe haiku: serdecznie pozdrawiamy pana Piotra Farfała, prezesa
TVP. Aby nigdy nie stanęła mu ość w gardle - krzyczał ze sceny wokalista polsko-białoruskiej kapeli Miód. Miał na myśli odmowę transmitowania koncertu przez Telewizję Polską. Stało się to po raz pierwszy od czterech lat (oficjalnie z powodu oszczędności).
Wczoraj poseł PO Michał Szczerba wystąpił z interwencją do
KRRiT. Napisał, że decyzja TVP jest "sprzeczna z priorytetami polskiej polityki zagranicznej i zobowiązaniami publicznego nadawcy".
Koncert zorganizowali młodzi ludzie, głównie studenci i licealiści, z Inicjatywy "Wolna Białoruś". - Kiedyś manifestowaliśmy podczas pomarańczowej rewolucji. Dziś wspieramy opozycję w ostatnim europejskim kraju, gdzie nagminnie łamane są podstawowe prawa obywatelskie.