http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Znalazłem żonę Arafatowi

Ludwika Włodek-Biernat
2009-03-24, ostatnia aktualizacja 2009-03-20 20:33

W Uzbekistanie zrozumiałem, że przemoc zaczyna się, gdy brakuje argumentów. Z kolegami złodziejami wciąż kłóciliśmy się. Kto nie wiedział, co powiedzieć, przechodził do rękoczynów. Rozmowa z Markiem Halterem, francuskim pisarzem i malarzem

W drodze z Izraela do Strefy Gazy
Fot. Hommes de parole
W drodze z Izraela do Strefy Gazy
Dwóch imamów, rabin i ksiądz. W trzech ciężarówkach - jedzenie, ubrania i przybory szkolne dla dzieci. W zeszłą środę wyruszyliście z Jerozolimy, zatrzymaliście się w izraelskim mieś-cie Sderot, na które spadają wystrzeliwane ze Strefy Gazy rakiety, w czwartek wjechaliście do Gazy. Po co to wszystko?

- Większość tych duchownych związana jest ze Światowym Kongresem Imamów i Rabinów dla Pokoju. Znają się z wcześniejszych spotkań, które organizowaliśmy, np. w Barcelonie. Zobaczyłem wtedy, jak wspólne podróżowanie zbliża ludzi. Dorośli posadzeni w jednym autobusie po pewnym czasie zaczynają zachowywać się jak dzieci na wycieczce szkolnej. Jedzą razem kanapki, żartują, wygłupiają się. Różnice kulturowe i religijne przestają się liczyć.

Do konwoju postanowiliśmy dokooptować też chrześcijańskich duchownych. Nie wyobrażam sobie takiej misji pokojowej bez chrześcijańskiego duchownego. Zgodę na konwój dały władze izraelskie, a Hamas obiecał zapewnić nam bezpieczeństwo na terenie Strefy Gazy.

Konwój spotkało wspaniałe przyjęcie. Dzieci z kibucu koło izraelskiego miasta Sderot dały nam rysunki dla swoich palestyńskich rówieśników. Potem mali Palestyńczycy rysowali dla nich. Duchowni bawili się z dziećmi, rozdawali im zeszyty i zabawki. Ktoś mógłby nam zarzucić, że to symboliczne gesty. Ale one są bardzo ważne na ziemi, gdzie od 60 lat toczy się wojna.

Dlaczego pan - syn warszawskiego Żyda, pisarz mieszkający we Francji - wymyślił sobie, że zaprowadzi pokój na Bliskim Wschodzie?

- Jak wielu ocalonych Żydów po wojnie chciałem pojechać do Izraela. Zrobiłem to w 1951 roku, mając 15 lat. Wylądowałem w kibucu na pustyni Negew. Izrael zrobił na mnie wielkie wrażenie. To sadzenie owoców i warzyw na pustyni, gdzie, wydawałoby się, nic nigdy nie wyrośnie! Pomyślałem sobie trochę megalomańsko, że może uda mi się coś, co jeszcze nikomu się nie udało: znajdę sposób na zaprowadzenie pokoju na Bliskim Wschodzie. Nie zostałem w Izraelu, bo nie umiałem poddać się regułom pracy w kibucu. Poza tym chciałem być artystą. W Paryżu miałem na to większe szanse niż w Tel Awiwie czy Jerozolimie.

Ale wiele lat później, w 1967 roku, gdy byłem już dość znanym malarzem, założyłem Komitet dla Pokoju na Bliskim Wschodzie. Starałem się wciągnąć do niego, kogo tylko się dało: Sartre'a, Felliniego, Moravię, Viscontiego, Godarda, Truffauta. W ten sposób miałem za sobą więcej niż armię - miałem sławnych ludzi!

Po założeniu Komitetu pojechałem na Bliski Wschód. I tak zaczęła się moja bitwa o pokój w tym regionie. Poznałem prezydenta Egiptu Nasera, poznałem Ben Guriona - pierwszego premiera Izraela, premier Goldę Meir. Rozmawiałem z nią w jidysz, była dla mnie jak babcia.

Jednak niewiele pan zdziałał, jeszcze w tym samym roku wybuchła kolejna wojna, sześciodniowa.

- To prawda, ale już niedługo później, w 1969 roku, osiągnąłem pierwszy sukces. Poznałem kilku Arabów z algierskiej nacjonalistycznej organizacji Front Wyzwolenia Narodowego. Obiecali zorganizować mi spotkanie z Jaserem Arafatem. Wtedy spotkać się z Arafatem to jak dziś spotkać się z ben Ladenem. To był terrorysta numer jeden.

Przed spotkaniem pojechałem do Jerozolimy, do Goldy Meir. Zadzwoniłem i powiedziałem, że muszę koniecznie z nią porozmawiać. Zgodziła się: "Skoro to takie pilne, bądź u mnie dziś o piątej". Przyszedłem do niej do gabinetu. Wyglądała jak skała. Miała takie masywne ciało. Siedziała za wielkim drewnianym stołem, na którym nie było nic prócz paczki papierosów, zapałek i popielniczki. Gdy opowiedziałem jej o swoich zamiarach, krzyknęła: "Czyś ty zwariował?!". Uderzyła w stół tak mocno, że paczka papierosów aż podskoczyła. "Ten człowiek ma na rękach krew dzieci żydowskich". Odpowiedziałem jej, że nawet Mojżesz spotkał się z faraonem, który kazał zabić wszystkich żydowskich pierworodnych. "Nie jesteś Mojżeszem" - odparła. "Ale jeśli ja, skromny człowiek, spotkam się z Arafatem i to zapobiegnie śmierci choćby kilkorga dzieci, czemu mam tego nie robić?". Nie odpowiadała, jakbym stał się przezroczysty. Po kilku minutach milczenia wyszedłem.

Następnego dnia o szóstej rano w moim pokoju hotelowym zadzwonił telefon. To była ona. Powiedziała jedno słowo: "lech", po hebrajsku: "jedź". No i pojechałem z błogosławieństwem premier Izraela.

Rozmawialiśmy przez tłumacza, w tym czasie Arafat nie mówił jeszcze po angielsku. Dyskutowaliśmy zawzięcie. W pewnym momencie Arafat się zdenerwował. - O czym tu dyskutować, w przyszłym roku spotkamy się w Tel Awiwie.

- Jeśli tak miałoby być, dzień wcześniej zabiję pana - oświadczyłem. Ochroniarze zerwali się z miejsc. Odbezpieczyli broń. Arafat uspokoił ich ruchem ręki.

Od tego momentu zaczął mnie szanować. Widywaliśmy się potem wielokrotnie. Właśnie u mnie, w Paryżu, wiele lat później spotkał się po raz pierwszy z Szymonem Peresem. To spotkanie doprowadziło w konsekwencji do porozumienia z Oslo w 1993 roku. Izrael zgodził się na Autonomię Palestyńską, a Organizacja Wyzwolenia Palestyny, której przewodził Arafat, wyrzekła się przemocy i uznała prawo Izraela do istnienia.

Premier Izraela Icchak Rabin zadzwonił do mnie, jak jechał do Waszyngtonu podpisać wynegocjowaną w Oslo deklarację. Zapytał, czy ma Arafatowi podać rękę. "Icchak - powiedziałem - ta fotografia przejdzie do historii". I przeszła.

A Arafat jaki był?

- Prywatnie bardzo się polubiliśmy. Można nawet powiedzieć, że ożeniłem Arafata. W latach 70. zaprzyjaźnione ze mną francuskie wydawnictwo, wiedząc, że go znam, poprosiło, bym namówił go do napisania autobiografii. Arafat odmówił. Powiedział, że walczy o państwo palestyńskie i nie ma czasu na pisanie wspomnień, ale może udzielić wywiadu rzeki. Zaproponowałem mu dziennikarkę - Suhę, córkę słynnej palestyńskiej dziennikarki Raymondy Tawil. Pojechała do niego do Tunisu, ówczesnej siedziby OWP. Książki nigdy nie napisali, ale za to Suha została żoną Arafata.

Dzięki Komitetowi i mojemu zaangażowaniu w walkę o pokój spotykałem też innych arabskich przywódców, np. prezydenta Egiptu Anwara Sadata. Byliśmy zaprzyjaźnieni. Gościłem w jego pięknym domu u stóp piramid, w Sakkarze. Obaj byliśmy gawędziarzami. On mi opowiadał arabskie historie ludowe, a ja jemu bajki chasydzkie.

W 1977 roku Sadat zabrał mnie ze sobą, gdy jako pierwszy arabski przywódca przyjeżdżał z oficjalną wizytą do Izraela. Proszę sobie wyobrazić miny moich izraelskich przyjaciół, gdy schodziłem za nim po trapie samolotu. Myśleli, że to jakaś fatamorgana.

Źródło: Duży Format
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':