http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Talibowie twarzy nie pokazują

Wojciech Jagielski, dolina Tangi w prowincji Logar
2009-03-18, ostatnia aktualizacja 2009-03-17 16:59

Amerykańskie patrole przemierzają wzdłuż i wszerz Logar, by przekonać jego mieszkańców, że Amerykanie są wszechobecni i talibom nie ustąpią - Wojciech Jagielski opisuje jeden z takich patroli

Siły ISAF w Afganistanie
Fot. Sgt. Amber Robinson AP
Siły ISAF w Afganistanie
Kiedy pancerne wozy wtaczają się do Hodża Akbar, mieszkańcy wioski nie witają ich ani wiwatami, ani wyzwiskami. Brodaci mężczyźni w turbanach w milczeniu przyglądają się przybyszom.

- Nie wiedzą, z kim trzymać. Zachodzą w głowę, kto będzie górą, bo warto trzymać tylko ze zwycięzcą - tłumaczy mi dowodzący patrolem kpt. Steven Osterholzer. - Jesteśmy tu, żeby ich przekonać, że to my będziemy górą.

Rozrzucona na brzegach rzeczki Tangi wioska Hodża Akbar leży w podkabulskiej prowincji Logar, w szerokiej dolinie otoczonej ośnieżonymi wciąż w połowie marca górskimi wierzchołkami.

Niegdyś zamieszkany przez ćwierć miliona ludzi Logar był spichlerzem oddalonego o godzinę drogi Kabulu. Wojny, jakie przetaczają się przez Afganistan już trzecie dziesięciolecie, nie zniszczyły tutejszych pól, ogrodów, sadów i pasiek. Ilekroć kolejny z frontów przewalił się przez dolinę, chłopi ruszali naprawiać irygacyjne kanały zasilające ich poletka w życiodajną wodę.

Niezliczone partyzanckie armie i korzystający z wojennego chaosu rabusie uczynili jednak nieprzejezdnymi drogi, którymi wieśniacy wozili na kabulskie targowiska warzywa, owoce i miód. Pozbawieni zarobku z każdym rokiem popadali w coraz większą biedę.

W coraz cieplejszych z każdym dniem promieniach słońca zapowiadających rychłą wiosnę zielenią się ryżowiska wysadzone brzozowymi zagajnikami. Wiosna nie budzi jednak w mieszkańcach Logaru ani radości, ani nadziei. Przez uwolnione już od śniegu przełęcze przybywają do doliny talibowie, którzy przezimowawszy w kryjówkach po pakistańskiej stronie granicy, coraz śmielej zapuszczają się pod afgańską stolicę.

W zeszłym roku, korzystając z niechęci wieśniaków do przekupnych i aroganckich miejscowych władz, a także z bezsilności nielicznego amerykańskiego garnizonu, partyzanci rozpanoszyli się tu na dobre. Narzucili swe rządy w wielu wioskach, zagrozili wyasfaltowanej przez Amerykanów Drodze Numer Jeden wiodącej z Kabulu do Paktii położonej nad granicą z Pakistanem, a latem zabili tutejszego gubernatora.

Aby powstrzymać partyzancki marsz na stolicę i przekonać mieszkańców Logaru, że w afgańskiej wojnie górą będzie rząd i że właśnie z nim bardziej opłaca się trzymać, Pentagon wysłał do Afganistanu ponad 3 tys. dodatkowych żołnierzy. W ten sposób kpt. Osterholzer zamiast w Bagdadzie wylądował w afgańskim miasteczku Pul-e Alam.

Chcemy ich dobra

- Mam zadanie odpędzić te szakale od tutejszych wiosek - opowiada w swej kwaterze w Pul-e Alam płk David Haight, dowódca wojsk USA w Logarze i sąsiedniej prowincji Wardak. - Jestem tu po to, by wyrządzać zło tym, którzy czynią zło.

Pułkownik Haight, który sam jest komandosem, twierdzi, że jak cała amerykańska armia przechodzi w Afganistanie prawdziwą ewolucję. - Mogłem uchodzić za wzór najbardziej wojowniczego z wojowników, jakich kształci Ameryka. Uczono mnie, że moim celem jest tylko walka - opowiada. - Wszystko zmieniła wojna w Iraku. Mój oddział wkroczył do Bagdadu jako jeden z pierwszych. Pobiliśmy przeciwnika, zajęliśmy kilka ważnych dzielnic. A tu zamiast pozwolić mi świętować wygraną, przełożeni kazali mi zajmować się zaopatrzeniem miasta w benzynę i prąd czy wywożeniem śmieci. W Bagdadzie zrozumieliśmy, że utrzymanie zwycięstwa będzie dużo trudniejsze niż pokonanie przeciwnika w polu - dodaje.

Rozłożywszy obozowisko w Logarze, Amerykanie zabrali się do oczyszczania prowincji z talibów. Ponieważ partyzanci na zimę przeprawili się przez góry do Pakistanu, żołnierze niemal bez walki przejmowali kontrolę nad drogami i wioskami, ustawiali posterunki na głównych szlakach, zakładali wojskowe i policyjne reduty w odległych dolinach. Na strategicznej Drodze Numer Dwa, na której jeszcze jesienią grasowali talibowie, wojskowe posterunki są niemal co kilometr.

Poza redutami dla afgańskiego wojska na otaczających dolinę szczytach z pomocą stacjonujących tu czeskich saperów Amerykanie budują nowe drogi. Dzięki nim wieśniacy będą mogli wreszcie jeździć na targowiska do Kabulu.

- Tutejsi mieszkańcy nie muszą mnie lubić ani nawet szanować - mówi płk Haight. - Chcę tylko, by wiedzieli, że mogą mi zaufać i że chcę ich dobra.

Na początku było z tym marnie. Wioskowe starszyzny nieraz prosiły amerykańskich dowódców, by nie zostawali we wsiach, bo ściągną na chłopów zemstę talibów. - Odpowiadałem im: zrobię, jak chcecie. Wycofam nie tylko swoich ludzi, ale zabiorę nawet afgańskie wojsko i policję, ale wtedy rządy w waszej wsi przejmą talibowie - opowiada Haight. - Dumali, drapali się po głowach, a potem zawsze wracali, mówiąc, że wolą jednak, bym zostawił w okolicy jakiś oddział.

Amerykańskie patrole, jak ten kpt. Osterholzera, przemierzają wzdłuż i wszerz Logar, by przekonać jego mieszkańców, że Amerykanie są wszechobecni i nie ustąpią talibom. Przejeżdżając przez Hodża Akbar, oddział kpt. Osterholzera przyglądał się jednak jej mieszkańcom przez strzelnicze otwory i okienka w opancerzonych hummerach i odpornych na wybuch miny pojazdach MRAP. Żołnierze wysiedli z samochodów dopiero za wsią, gdy minęli ostatnie domostwa w kolorze spłowiałej rdzy.

Mierząc czujnie na boki z karabinów, ruszyli pieszo sprawdzić posterunki afgańskiego wojska na szczytach górujących nad biegnącą wzdłuż rzeki Drogi Numer Dwa. Dolina Tangi łącząca Drogę Numer Dwa z jeszcze ważniejszą Drogą Numer Jeden dopiero kilkanaście dni temu została zajęta przez Amerykanów i oddana pod kontrolę afgańskiemu wojsku.

- Kilka dni temu ktoś ostrzelał te posterunki. To może oznaczać, że talibowie wracają - mówi kpt Osterholzer w drodze na pierwszy posterunek. Wiedząc, że jestem z Polski, chwali się, że jego babka też pochodzi z naszego kraju. Wśród amerykańskich żołnierzy w Logar wielu nosi polskie nazwiska. W patrolu Osterholzera idą kapral Cebula i starszy szeregowy Kubisiak, obaj z polskiego Chicago. Dla wielu potomków polskich emigrantów kariera w wojsku od dawna jest drogą społecznego awansu.

Lepsi od Rosjan

W swym 45-letnim życiu spędzonym w całości w rodzinnej wiosce Hodża Akbar Haszim Gul przeżył cztery wojny i widział już wiele zbrojnych armii. - Najpierw byli Rosjanie, potem mudżahedini, talibowie, a teraz Amerykanie - wylicza, przyglądając się patrolowi Osterholzera.

Z Rosjanami Haszim walczył jako mudżahedin w zbrojnej partii komendanta Nabiego Mohammadiego. Podczas wojny domowej, którą mudżahedini wywołali po zwycięstwie nad Rosjanami, Haszim bronił Logaru przed najazdami obcych komendantów. Talibowie, którzy pokonali wszystkich skłóconych mudżahedinów i przejęli władzę w kraju, wtrącili go do więzienia.

Haszim zapewnia, że z Amerykanami walczyć nie zamierza choćby dlatego, że musi zadbać o przyszłość ośmiu córek, którymi pobłogosławił go Wszechmogący. - Amerykanie są lepsi niż Rosjanie - zapewnia - Wybudowali we wsi most, pomogli wyremontować meczet. Rosjanie niczego nie zbudowali, a jeszcze przez pomyłkę zrzucili bombę na swoją komendę milicji.

Haszim twierdzi, że talibowie zachodzą do jego wioski nocami. Zachodzą i do innych. Wchodząc do wsi, obwiązują turbanami twarze. - Ale nikogo z miejscowych wśród nich nie ma, bo i skąd? Tutejsi ludzi chcą tylko świętego spokoju - zapewnia. - A zresztą ja tam nic nie wiem, bo nocami, ze strachu przed partyzantami i Amerykanami, nikt we wsi nie wychodzi z domów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':