1,6 tys. polskich żołnierzy w prowincji Ghazni czekają wyjątkowo burzliwe wiosna i lato. Wojska
USA będą wypierać talibów spod Kabulu i z południa kraju. Nie mając innej drogi, talibowie będą wycofywać się do kontrolowanej przez Polaków prowincji Ghazni.
- Właśnie ostrzegłem polskich dowódców, że będą mieli pełne ręce roboty - mówi płk David Haight, dowódca amerykańskich wojsk w podkabulskich prowincjach Wardak i Logar. - Pomożemy im, jak tylko będziemy mogli, ale moim zadaniem jest pobić i przegnać talibów sprzed bram Kabulu. Zadaniem Polaków będzie uporać się z partyzantką w Ghazni.
Haight, który walczył już i w Iraku, i w Afganistanie, wrócił na afgańską wojnę w styczniu na czele 3,5 tys. żołnierzy, by przechylić losy wojny z talibami. Jego 3. brygada z 10. dywizji górskiej miała jechać do Bagdadu, ale została skierowana do Logar i Wardak, by obronić strategiczne szlaki komunikacyjne kraju - drogę nr 1 z Kabulu przez Ghazni do Kandaharu oraz drogę nr 2 z Kabulu do Gardez.
Zamieszkana przez pół miliona ludzi, pnąca się na wysokość 3 tys. metrów górzysta prowincja Wardak leży godzinę drogi na południowy zachód od Kabulu. To jedna z najbiedniejszych i najbardziej zacofanych części Afganistanu. Stolica prowincji Majdan Szahr przypomina dużą wieś wyrosłą przy targowisku przy drodze nr 1. Innych dróg tu nie ma.
Wardak nigdy nie był twierdzą talibów. Jesienią 2001 r. Amerykanie przejęli go bez jednego strzału. Talibowie wzięli nogi za pas i uciekli na południe do Kandaharu, a potem do Pakistanu. Część miejscowych watażków przeszła na rządową służbę, inni wrócili, by wydać świętą wojnę Amerykanom. Jeszcze inni stworzyli bandy rabusiów łupiących podróżnych na drodze nr 1. Najgorszą sławę zyskał mułła Nissam, który porwał i zamordował niemieckiego inżyniera.
Korzystając z tego, że w Wardaku rozmieszczono tylko niewielki garnizon z USA i Turcji, rabusie zrobili się zuchwalsi. Coraz częściej dochodziło do rabunków, porwań dla okupu, a także sąsiedzkich wojen między koczownikami Kuczi i rolnikami Hazarami, którzy nie pozwalali nomadom wędrować przez ich pola i poić wielbłądów w ich studniach.
Talibowie wrócili do Wardaku w zeszłym roku. Wędrując pod Kabul, przemierzali prowincję Ghazni, którą jesienią polskie wojsko przejęło pod swoją kontrolę i wzięło na swoją odpowiedzialność. Latem 2008 r. talibowie panowali już nad połową Wardaku i zagrozili drodze nr 1. Na podkładanych na niej minach wylatywały w powietrze ciężarówki z zaopatrzeniem dla zachodnich wojsk, a w zasadzkach ginęli afgańscy policjanci i amerykańscy żołnierze.
Zaniepokojeni nie na żarty przywódcy z Waszyngtonu dosłali do Afganistanu więcej wojsk. Amerykanie szybko zabrali się do roboty i już w lutym wyparli talibów z najbliższych Kabulowi powiatów. Mułła Nissam zginął w zasadzce.
- Wiosną talibowie zaczną wracać z kryjówek po pakistańskiej stronie granicy, a my wyjdziemy im na spotkanie - odgraża się płk Haight. - W zeszłym roku to oni tu rządzili. Ale teraz amerykańskich żołnierzy będzie tu aż trzy razy więcej, a dodatkowo mam tu ponad 2 tys. żołnierzy z afgańskiego wojska.
Żołnierze Haighta mają wyprzeć talibów z kolejnych powiatów Sajjed Abad i Dżaghatu. Dalej zaczyna się już kontrolowana przez Polaków prowincja Ghazni.