G8 nie jest już klubem najważniejszych państw świata, bo nie ma tam Chin. Nie jest też klubem państw demokratycznych, bo jest tam Rosja
Marcin Bosacki: Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że żyjemy w czasach przełomowych. Że od upadku komunizmu po 11 września 2001 r. i w czasie kryzysu globalnego tworzy się nowy świat. Ale nie bardzo wiemy jaki. Pan wie? Zbigniew Brzeziński: W polityce światowej najważniejsze są dziś dwa procesy. Po pierwsze, przebudzenie polityczne ludzkości. Nie było w historii momentu takiego jak ten - zdecydowana większość ludzkości chce brać udział w szeroko rozumianej polityce. Stało się to dzięki zmniejszeniu analfabetyzmu, telewizji, internetowi, procesom demokratycznym. Do II wojny światowej rozpowszechniona świadomość polityczna, narodowa była domeną Zachodu, Rosji, w pewnym tylko stopniu Dalekiego Wschodu.
Mówiąc obrazowo: przez całe tysiąclecia łatwiej było kontrolować milion ludzi, niż ich zabić. Dziś jest odwrotnie. Nie tylko dlatego, że istnieje broń masowego rażenia. Także dlatego, że ten milion ludzi ma dostęp do informacji, świadomość wspólnoty, godności i praw jednostek. Był moment, gdy Imperium Brytyjskie władało ogromnymi Indiami przy pomocy ledwie 4 tys. oficerów i urzędników! Dziś to niemożliwe, dużo trudniej być imperium czy siłą kolonialną. Te czasy minęły. A użyteczność broni atomowej przeciwko politycznie przebudzonym masom jest ograniczona przez hamulce moralne i pragmatyzm.
Owe przebudzone politycznie masy w Azji, Afryce, Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie nie tylko mają świadomość narodową. Mają też głębokie poczucie sprawiedliwości społecznej i niesprawiedliwości. Widzą na ekranach telewizorów, jak wielkie są różnice w świecie - w dochodach, zamożności, wolności.
Wreszcie, traktują jako głęboko poniżające czasy kolonializmu i dominacji Zachodu. Tkwi to w nich jak cierń i przekłada się na odruchy radykalne, nierzadko podsycane, w części świata islamskiego wiarą religijną. To daje gotowość do osobistego zaangażowania militarnego czy np. samobójstw terrorystycznych.
Piętnaście lat temu napisałem: "Dla ludzkości przepaść między zwiększonymi oczekiwaniami a rzeczywistymi możliwościami ich zaspokojenia być może nigdy w historii nie była tak wielka jak dziś". W roku 2009 te słowa są jeszcze prawdziwsze. A skutki tego dramatu - jeszcze potencjalnie groźniejsze.
Jaki jest drugi proces kierujący dziś ludzkością? - Przesunięcie, przynajmniej częściowe, centrum politycznego świata na wschód. Przez pół tysiąclecia świat zdominowany był przez kolonialne potęgi atlantyckie: Portugalię, Hiszpanię, Francję, Wielką Brytanię; w ostatnich dziesięcioleciach - przez kolejną wielką siłę Zachodu - Stany Zjednoczone.
Dziś coraz większą rolę odgrywają i będą odgrywać potęgi Wschodu - Chiny, Japonia. Japonia już jest drugą potęgą gospodarczą świata, Chiny - trzecią, czwartą. Obie mają coraz większe ambicje i możliwości geopolityczne. W kolejce stoją Indie i być może Rosja, choć ta ostatnia nie jest pewna ani własnej tożsamości, ani swej roli w świecie.
Mamy globalny kryzys. Pan był współautorem strategii Ameryki, gdy trawił ją poprzedni duży kryzys ekonomiczny lat 70. Wówczas też nastroje były podłe. Wśród Amerykanów, jak dziś, dominowało zwątpienie w przyszłość kraju. Pan porównuje oba te kryzysy? - I tak, i nie. Analogie istnieją, ale w obecnej sytuacji jest coś zdecydowanie nowego. To, co dziś robi Obama, ten program stymulacyjny, wyciągnąłby Amerykę z tradycyjnej recesji. Gdyby to był prosty problem koniunktury, za pół roku czy rok bylibyśmy na fali wzrostowej.
Ale to nie takie proste. Mamy do czynienia z zasadniczym załamaniem systemu finansowego Ameryki. I to, po pierwsze, w okresie rekordowego zadłużenia Stanów, a po drugie - gdy wśród Amerykanów poczucie dobrobytu, a nawet satysfakcji z życia stało się kwestią de facto całkowicie materialną. Wielu Amerykanów nie ma żadnej potrzeby samoograniczania.
Na tym polega dylemat - czy możemy sobie poradzić z tym kryzysem bez przemiany całego stylu życia. A co za tym idzie - przebudowy systemu finansowego. To niezwykle skomplikowane, pociąga za sobą wielkie konsekwencje dla Europy, Azji, właściwie całego świata. Konieczność budowy nowego systemu, w którym dużą rolę grają regulacje ponadnarodowe, nawet ogólnoświatowe. To jest warunek sine qua non. Czy Obama zdoła aż tak zmienić Amerykę? Sądzę, że w końcu zdoła, ale nie szybko.
Być może pierwsze wydobędą się z dołka Chiny, ich program stymulacyjny już jest bardziej ambitny niż nasz. Dlaczego Ameryce jest trudniej? Bo my jesteśmy demokracją. Tu jest konflikt zasad i wartości, konkurs na to, jak system amerykański powinien funkcjonować. Z takimi dylematami Chińczycy się w ogóle nie borykają. A Obama musi...
Bo już myśli o wygranej w wyborach za trzy i pół roku? - Też, ale nie tylko. On musi myśleć o głosowaniu w Izbie Reprezentantów i Senacie w przyszłym miesiącu! Stąd te wahania, pewien zastój, niewystarczająca inicjatywa, co oczywiście podminowuje zaufanie publiczne do niego.
Wysunięcie przez Obamę ambitnego projektu budżetu z szeregiem reform wzmacniających rolę państwa już dało początek zażartej debacie ideologicznej. Na czym system amerykański się opiera? Na kapitalizmie. Ale co to znaczy? Czy każdy bankier ma mieć prawo do szachrowania, bo się stara wzbogacić? Chęć wzbogacenia się to podstawa kapitalizmu. I to, rzeczywiście, wytwarza bogactwo. Owszem, są ofiary po drodze, ale to jest taki system - o sukces prowadzi się zawody!
Dotąd wierzyliśmy, że w sumie ten sukces najambitniejszych przynosi korzyść ogółowi. Ale może to już przeszłość? Może w świecie coraz bardziej powiązanym nie może już istnieć taka Ameryka, której system był najbardziej drapieżny, zasadniczo odmienny od reszty globu?