Przeczytaj opinie innych nauczycieli i uczniów w listach, które napisali do nas Czytelnicy.
>>
Ucieszyło mnie, że
Marek Skała w "Gazecie Wyborczej" 17 lutego ("Niedopuszczalność w Rykach") nie obwinia poszkodowanych nauczycieli, tylko zastanawia się nad przyczynami tragedii (nie bójmy się tego słowa). Sięga pamięcią wstecz "kiedy pierwsze oznaki wolności przyniosły dobre i niedobre skutki". Szuka przyczyn w łatwym dostępie do filmów
wideo, pornografii, w coraz powszechniejszym braku wartości itd. Oczywiście ma rację. Niestety nie ma pomysłu: jak temu zaradzić, jak zmienić postawy uczniów, jak wpłynąć na ich rodziców.
Ja mam propozycję dla polskiej szkoły - WSPÓŁPRACA NAUCZYCIELI.
Bo my nie mamy problemów Najpierw też sięgnę do przeszłości. Rok 1990, zaczynam pracować w szkole po 12 latach pracy na wyższej uczelni. Uczę matematyki klasę II matematyczno-fizyczną w jednym z lepszych liceów warszawskich. Uczniowie mnie "próbują", patrzą, na co zareaguję, a na co nie. W klasie jest dwóch uczniów bardzo trudnych, demonstrujących zupełny brak chęci do nauki i szacunku do wiedzy i nauczycieli. Inni nie przeciwstawiają się, ci dwaj mają siłę przebicia i "zabawiają" całą klasę. Jest wrzesień, uczniowie mnie nie znają i ja ich. Mam wiele zapału, przygotowuję się do lekcji, staram się z uczniami rozmawiać, doceniać ich sukcesy. Jednak nic to nie daje. Powoli zaczyna się robić naprawdę nieciekawie, odwracam się do tablicy, a ktoś strzela z korkowca, z tyłu klasy unosi się dym palącego się papieru. Coraz mniej osób ze mną współpracuje, niechętnie otwierają notatki, za to z zainteresowaniem przypatrują się "występom" dwóch przywódców. Udaje mi się z jednym z uczniów nawiązać bliższą rozmowę. Pytam go: - Powiedz mi, Pawle, co się dzieje, dlaczego tak się zachowujecie?
- Jak???
Wyjaśniam jak, i mówię, że mi to uniemożliwia prowadzenie lekcji.
Paweł na to: - E tam, my tego nie robimy przeciwko pani. Poprzedniemu matematykowi, to żeśmy robili: wszyscy buczeliśmy z zamkniętymi ustami i on nie wiedział kto; na zawał poszedł.
Tu mnie zmroziło. Postanowiłam zwrócić się do nauczycieli w szkole o pomoc. Wychowawczynią klasy była doświadczona nauczycielka, która nigdy wcześniej, jak twierdziła, problemów nie miała. Jej system wychowawczy polegał na matkowaniu klasie i bronieniu jej przed innymi nauczycielami. Ta klasa nie szanowała jej zbytnio i nie była gotowa iść za nią, tak jak poprzednie. Ale pani wychowawczyni nie przyznawała się do tego, na moje skargi odpowiadała: "Ja nie mam z nimi żadnego kłopotu!". Ta odpowiedź była dla mnie bardzo frustrująca, bo pod nią wyczuwałam opinię: "Ja sobie radzę, a ty nie, to znaczy, że z tobą jest coś nie tak".
Zaczęłam wypytywać innych nauczycieli uczących tę klasę i otrzymywałam niezmiennie odpowiedź: "Nie mam z nimi żadnego kłopotu!".
Czułam, że zaczyna do mnie przylegać opinia tej "co sobie nie radzi". Przyszła z uczelni i nie umie uczyć i wychowywać. Jednak nie przeszkadzało to nauczycielom po lekcji w pokoju nauczycielskim wybuchnąć - tumany, idioci, z kim ja muszę pracować. Ten komunikat nie oznaczał jednak kłopotów, raczej: "Ja sobie radzę, choć mam do czynienia z kupą chamów i idiotów".
Od uczniów wiedziałam, że nie robią wyjątków i z każdym się tak "zabawiają". Publicznie, oprócz mnie, nikt się nie przyznawał. Poszłam do dyrektora (tu muszę docenić - pochylił się nad moim problemem), ale nie za bardzo miał dla mnie rozwiązanie problemu: - To ciężka klasa, trzeba z nimi ostro!
Mogę wyobrazić sobie innych nauczycieli na lekcjach z tą klasą. Jedni czekali do przerwy - przecież to tylko 45 minut, inni stosowali terror, poniżanie uczniów i odpłacali im tym samym, co uczniowie im.
Terror dawał efekty Wreszcie jedna z nauczycielek na osobności powiedziała do mnie: Ja pani pomogę, pójdę z panią na lekcję i pokażę, jak trzeba sobie radzić. Zgodziłam się. Nauczycielka była znana jako ostra, uczniowie mówili o niej między sobą - ta k Lekcję rozpoczęła od sprawdzania listy i gdy doszła do ucznia, którego nazwisko dało się przekręcić, powiedziała: - A co tu za Cipa jest w klasie, jak można tak się nazywać.
Pomyślałam, teraz się zacznie, ale nie, spuścili głowy i czekali. Pani nauczycielka dalej ich poniżała, dyskredytowała i nic. Udało się. Po zakończeniu roku poprosiłam dyrektora, aby mi nie dawał tej klasy w następnym roku. Dostała ją pani, która udzielała mi "pomocy". Do matury dotarła z tej klasy połowa, reszta albo powtarzała klasę, albo poprosiła o przeniesienie do innej.
Jeden z tych trudnych uczniów mieszkał w bloku obok, widywałam jego mamę i któregoś razu poprosiłam o rozmowę. Powiedziała mi ze łzami w oczach: - Ja sobie z nim nie daję rady, to jedyny mój syn, rozwodzimy się z mężem i zrobię wszystko, aby synowi się w życiu ułożyło.
Nie było dalszej rozmowy, unikała spotkania ze mną. Inni rodzice podczas zebrania narzekali na atmosferę w klasie, ich dzieci w domu się skarżyły. Ale żądali, i słusznie, abyśmy to my, nauczyciele, coś w tej sprawie zrobili.
Czy można było coś wtedy zrobić? Myślę, że tak, ale tylko wtedy, gdybyśmy wspólnie w zespole uczącym tę klasę porozmawiali o problemach, szczerze przyznali się do kłopotów. Nie grali przed sobą w grę: Ja nie mam z nimi żadnego kłopotu! Gdybyśmy solidarnie i konsekwentnie przestrzegali regulaminu, a przy każdym wykroczeniu solidarnie wymierzali przewidzianą karę. Tak się buduje autorytet. Uczniowie muszą w nas widzieć osoby, które wspólnie przemyślały linię wychowawczą, które się wzajemnie wspierają, nie obmawiają, nie zrzucają winy na innych i którzy są gotowi stanąć za każdym nauczycielem.
Znam szkołę podstawową, w której jest wprowadzona zasada, że jak uczeń przeszkadza nauczycielowi, to on dzwoni telefonem komórkowym do dyrektora i ten zabiera delikwenta i trzyma w swoim gabinecie, dopóki nie "skruszeje" i będzie się nadawał do pracy z innymi w klasie. To dodatkowa praca dla dyrektora i odwaga ze strony nauczycieli do przyznania się: MAM PROBLEM. Trudno powiedzieć, czy ta metoda nadaje się do każdej szkoły, ale dzięki niej nauczycielowi łatwiej przyznać się do tego, że ma problem i uzyskać pomoc.
Nauczyciele nie są solidarni A jaka bywa rzeczywistość? Nauczyciele nie są solidarni, nie współpracują ze sobą, nie wspierają się. Jeśli zapytać nauczycieli, czy jego grono pedagogiczne współpracuje, to zawsze odpowiadają, że tak - przecież mamy zespoły zadaniowe, przecież przychodzimy na Wigilię szkolną, przecież ustalamy wspólny podręcznik, rozmawiamy ze sobą w pokoju nauczycielskim.
TO NIE JEST WSPÓŁPRACA. To jest koegzystencja.
Współpraca zależy w dużym stopniu od dyrektora, czy uda mu się taką atmosferę zaszczepić. Jeśli dyrektor mówi, że nic nie wiedział o szykanowaniu nauczyciela, to znaczy, że takiej atmosfery nie wprowadził. Może krzywo spogląda na nauczycieli przyznających się do problemów: - Proszę się dokształcić w tej kwestii, przecież skończyła pani
studia.
Może mentorskim tonem przydziela pomoc doświadczonego nauczyciela: - Proszę poprosić o pomoc X, to jest nauczyciel, który ma doświadczenie i zawsze sobie daje radę w takich sytuacjach.
Może nagradza tylko tak zwanych dobrych nauczycieli: - A teraz nagroda dla pana X, który nie ma żadnych problemów z uczniami.
Może zebrania rady pedagogicznej, które prowadzi, są monodramem, w którym nie ma miejsca na rozmowę i dyskusję? A może wreszcie dyrektor nie jest dostępny, gdy nauczyciel ma kłopoty?
Ale też musi być chęć ze strony samych nauczycieli, potrzebna jest tu solidarność i wspieranie się nawzajem. Jeśli nauczyciel ma kłopoty z klasą, to nie powinien usłyszeć: Ja nie mam z nimi żadnego kłopotu! lub: Kolego, więcej dyscypliny i autorytetu.
To jest historia klęski Pan Marek Skała opisuje, jak 15 lat temu wziął ucznia na bok i powiedział mu, że jeśli jeszcze raz tak postąpi, to wejście do szkoły będzie miał już tylko z ojcem. Na całe szczęście poskutkowało, ale co by pan Marek zrobił, gdyby uczeń mu odpowiedział: "Sam sobie ch przychodź z p ojcem". I gdyby następnego dnia zjawił się w szkole jakby nigdy nic bez tatusia, bo ten, niestety, leżałby pijany od rana? Czy zagrodziłby mu własną piersią wstęp do klasy, czy może poszedłby do pokoju nauczycielskiego i poprosił o pomoc, czy może pomyślałby sobie - to tylko 45 minut, wytrzymam?
Każdy nauczyciel ma swoją II klasę i każdy ma czasami kłopoty. Jeśli mówi, że nie ma, to znaczy, że znalazł wyjście z sytuacji w postaci terroru i nie ma zamiaru już nic zmieniać, zamierza przetrwać do emerytury.
Do rodziców możemy mieć pretensje, ale nie ma co za bardzo liczyć na ich pomoc. Oni sami ledwo się "wyrabiają" z własnymi dziećmi. Jeśli uda nam się stworzyć dobrą szkołę dla ich dzieci, to na pewno będą nam wdzięczni.
Jest to historia klęski i takich historii jest bardzo dużo w naszych szkołach. Jeśli nie będziemy współpracować, mogą być coraz częstsze.
Danuta Sterna pracuje w Centrum Edukacji Obywatelskiej Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>