http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak rozpętałam kryzys męskości

Anna Tankler-Thiel
2009-03-07, ostatnia aktualizacja 2009-03-07 15:52

Czy "wszyscy faceci to świnie", a ja trafiłam na dwa szczególnie nieudane egzemplarze? Nie. W dużej mierze sama ich do tego doprowadziłam. Nie ufając im, nie stawiając wymagań, traktując jak niedorozwinięte dzieci

SERWISY

Czekamy na Wasze listy: meskamuzyka@gazeta.pl



Zawsze wybierałam rówieśników.

Pierwszy "prawdziwy" chłopak: dziewiętnastolatek, który spojrzał tak smutno, że nie miałam serca powiedzieć: "nie". Ładny, miły, kulturalny. Obiecujący. Z dobrej, inteligenckiej rodziny, zasiedziałej w warszawskim bloku. Czemu nie spróbować?

Po trzech latach byłam anorektyczką na progu wyczerpania fizycznego, która swojemu grzecznemu chłopcu (który w międzyczasie zaczął być chłopcem bardzo sprawnie stosującym psychiczną i fizyczną przemoc) swatała kolejne "chętne" koleżanki. Bo chciałam, żeby to on mnie rzucił. Bo nie wierzyłam, że przyjmie jakiekolwiek słowa krytyki, prośby o zmianę, o wysłuchanie, o zauważenie we mnie czegoś więcej niż brzucha dla przyszłych wnuków jego matki. Bo bałam się, że coś sobie zrobi.

Drugi - dwudziestoczteroletni artysta. Wrażliwy, ładny, zdolny, obiecujący. Wygrywał konkursy, błyszczał, snuł plany kariery.

Po dwóch latach siedział całymi dniami w gaciach w zapuszczonym salonie, malował figurki wojowników, oglądał pornosy i filmy o superbohaterach. Bez pieniędzy, z kredytem. Pokłócony ze wszystkimi "kur..." z warzywniaków (wystarczające wytłumaczenie, bym to ja robiła zakupy). A ja latając między jednym zleceniem a drugim, drżałam tylko, by sobie czegoś nie zrobił, by się nie upił, by nie popsuł moich rzeczy, by nie popsuł swoich rzeczy, by kogoś nie obraził, nie pobił. By nie wydał resztki pieniędzy na jakąś idiotyczną zabawkę.

Gdy odchodziłam - nie wierzył: "Jak możesz niszczyć coś tak cudownego?".

Gdy chłopiec przeradza się we frajera

Czy "wszyscy faceci to świnie", a ja trafiłam na dwa szczególnie nieudane egzemplarze? Nie. W dużej mierze sama ich do tego doprowadziłam. Nie ufając im, nie stawiając wymagań, traktując jak niedorozwinięte dzieci.

Niedojrzałość moich partnerów przerażała mnie, irytowała, była powodem gwałtownych, dramatycznych rozstań. Dopiero teraz wiem, że była też magnesem. Wartością, którą usiłowałam ocalić i podsycać.

Nikt nie rodzi się kobietą - pisała kilkadziesiąt lat temu Simone de Beauvoir, francuska filozofka i feministka. Nikt też nie rodzi się niezaradnym egoistą. Żeby przerobić swojego mężczyznę na żałosne warzywo, trzeba się napracować.

Trzeba oszukiwać, zacierać ślady, mnożyć podstępy i pułapki. Trzeba zbudować wokół siebie silne lobby, w oczach którego "on" będzie najpierw tym "biednym chłopcem", potem "trudnym przypadkiem", aż w końcu "beznadziejnym frajerem, od którego musisz się, Kochana, w końcu uwolnić". Ty z kolei będziesz zawsze cudowną, cierpliwą bohaterką, która przecież żyły sobie wypruwa, żeby go tylko ocalić, wesprzeć, na ludzi wyprowadzić.

Nie jestem szalona, więc czemu to robiłam?

Utrzymywanie moich chłopców w stanie bezpiecznej niedojrzałości kosztowało mnie zdrowie (anoreksja, bulimia, rozwalony układ hormonalny), nerwy, kilka zmarnowanych przyjaźni. Mnóstwo, mnóstwo wysiłku. Czemu więc to robiłam?

Szaleństwo? Ale ja nie jestem wariatką, maniaczką, socjopatką, mitomanką, cyklofreniczką. Nie trzeba mnie izolować ani poddawać elektrowstrząsom. Mam na to papiery. I słowo kilku psychologów, u których w końcu lądowałam w totalnej rozsypce, gdy kolejny chłopiec zaczynał bić, wpadać w furię, płakać albo gadać o samobójstwie. Więc czemu? Jeśli nie totalny odpał, to co?

Strach.

Że stracę kontrolę nad sytuacją. Że znowu ktoś będzie mnie musztrował, dyscyplinował, pouczał. Że skończę jak moja matka - zahukana, rozhisteryzowana służąca mojego ojca, brata... i moja. Bo w domu to ja byłam po lepszej, męskiej stronie. Ja i ojciec byliśmy od tych wyższych celów, intelektualnych rozrywek, wielogodzinnych dyskusji, wymieniania się lekturami, wspólnych wizyt w teatrze. Brat i mama byli do roboty. Nie umieli się ustawić: nie wiedzieli, że wystarczy jedno słowo sprzeciwu wobec ojca, by zostać odrzuconym, skreślonym, wgniecionym w dywan. Ja byłam miła, grzeczna, mądra. I sprytna: nauczyłam się kłamać i manipulować.

Czy mogłam zmarnować te niezwykłe zdolności, będąc w związku?

On histeryzował, a ja go tuliłam

Smutnemu chłopcu po prostu nie mówiłam, że mnie rani. Że komentarze "twoje liceum/rodzina/ubrania/gust to żenada", "moja matka uważa, że masz za szerokie ramiona", czy "nie pojedziesz na tę konferencję, bo jesteś naiwna i mnie tam zdradzisz" - nie wpływają najlepiej na naszą komunikację.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 61 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':