http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak udaremniliśmy debatę

Dorota Jarecka
2009-03-06, ostatnia aktualizacja 2009-03-06 19:08

CSW Łaźnia w Gdańsku odwołało wczoraj pokaz Aliny Żemojdzin, który tego samego dnia "Gazeta" określiła - jeszcze przed otwarciem! - jako "budzący kontrowersje". Moja koleżanka z redakcji w Gdańsku nie omieszkała zaliczyć tego pokazu do serii "kontrowersyjnych" wystaw, które w CSW Łaźnia odbywały się w poprzednich latach. Bo przecież i Katarzyna Kozyra tu wystawiała, i nawet Grzegorz Klaman.

<b>Gdańsk mydłem podzielony</b>
W Gdańsku wyprodukowanie przez Alinę Żemojdzin (na zdjęciu) kosmetyków
z ludzkiego tłuszczu jest odbierane różnie. To tu mydło z ciał więźniów obozów
koncentracyjnych produkował nazistowski naukowiec prof. Spanner
Fot. Kamil Gozdan / AG
Gdańsk mydłem podzielony W Gdańsku wyprodukowanie przez Alinę Żemojdzin (na...
Takie stawianie sprawy jest intrygujące, atrakcyjne dla czytelnika, bo człowiek się zaczyna w końcu zastanowiać, co to musi być za perwersyjna grupka, ci artyści z Gdańska. I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że w artykule zostało opisane wydarzenie, do którego jeszcze nie doszło. Skąd zatem wiadomo, że budzi kontrowersje?

Jestem przekonana, że prawdziwe kontrowersje powstają wtedy, kiedy ludzie skonfrontują się z faktem artystycznym, a nie zanim ów fakt został udostępniony publiczności. Grozi tu powtórka sytuacji sprzed siedmiu lat, czyli przypadku "Pasji" Doroty Nieznalskiej. Największy skandal kulturalny III RP wybuchł z powodu pracy, którą kilka osób widziało na wystawie w galerii, nieco więcej w telewizyjnej migawce, a pozostali na zdjęciach. Za to wszyscy się o niej wypowiadali.

O co tym razem chodzi? O pracę dyplomową absolwentki ASP w Gdańsku, której pokaz pt. "Promocja nowej linii kosmetyków aLine autorskiej marki Aliny Żemojdzin" miał się odbyć wczoraj. Częścią tego pokazu miały być kosmetyki wyszczuplające, wyprodukowane - jak podaje sama autorka - na bazie ludzkiego tłuszczu uzyskanego z liposukcji.

To brzmi szokująco. Zgoda. Ale może trzeba wziąć poprawkę na element, który często dzisiaj pojawia się w pracach artystów: prowokację. Kiedy Joanna Rajkowska pokazała w warszawskim CSW wyprodukowane w limitowanej serii puszki z napojami, a na etykietach umieściła informacje, że powstały na bazie wyciągów z ciała artystki: gruczołu z piersi, rogówki oka, DNA i szarej substancji - też trzeba było to wziąć w nawias.

Kiedy w 2005 roku na międzynarodowych targach sztuki w Bazylei artysta włoski Gianni Motti wystawił kostkę mydła, informując, że powstało z tłuszczu pozostałego po liposukcji Silvia Berlusconiego, chyba mało kto w to wierzył. Takie prace przeważnie mają inny cel niż tylko epatowanie publiczności perwersją - choć perwersja w nich zawarta ma swoje znaczenie. Te prace mają aspekt krytyczny.

Praca Mottiego nazywała się "Czyste ręce" i miała być krytyką pozornie antykorupcyjnej polityki włoskiego premiera. Praca Rajkowskiej miała atakować konsumpcjonizm i obecne w kulturze uprzedmiotowienie kobiecego ciała. Podobny był cel Aliny Żemojdzin.

Alina Żemojdzin wczoraj mnie przekonywała, że cała historia nie jest sfingowana. Specjalnie starała się o prawdziwy materiał. Niekoniecznie jestem za - i może wolałabym mniejszą dosłowność - ale nie o to chodzi. Chodzi o sposób prowadzenia debaty. Moim zdaniem debata została udaremniona.

Rozmawiam z kuratorką Łaźni Agnieszka Kulazińską. Mówi, że żałuje, że w artykule opublikowanym w piątkowej "Gazecie" praca została sprowadzona do jednego aspektu i żadna z komentujących ją osób nie wzięła pod uwagę, że nie składa się tylko ze słoików z kremami. Na wystawie "Dzień kobiet awansem" miały być też elementy fikcyjnej kampanii reklamowej dotyczącej tego produktu: plakat, projekt billboardu, reklamowy katalog. A kontekstem tej pracy miały być inne prace feministyczne, autorstwa kilku artystek. Alina Żemojdzin uważa że ktoś, kto by to zobaczył w całości, nie mógłby już tego tak ostro traktować. I odsyła do dyrektorki Łaźni Jadwigi Charzyńskiej.

Pytam panią dyrektor, dlaczego odwołała pokaz - przecież była szansa, by otworzyć debatę, a teraz nikt nie zobaczy "budzącej kontrowersje" pracy. Jadwiga Charzyńska mówi mi, że decyzję podjęła pod wpływem artykułu w "Gazecie". - Nie zgadzam się - mówi Charzyńska - na skojarzenie tej sztuki z Holocaustem. Na takim poziomie nie będę prowadzić debaty.

Mogłabym to, co zrobiła Jadwiga Charzyńska nazwać cenzurą, lub autocenzurą. Powiedzieć, że otwartej już dyskusji się boi, że się wycofuje, bo stała się za trudna. Ale jak się oburzać, kiedy to my sami ją postraszyliśmy?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów