Gdy trzy tygodnie temu umarła Anna Radziwiłł, księżna polskiej edukacji, zadzwoniliśmy z duszą na ramieniu prosić Irenę o opinię. Tym samym co zawsze mocnym, czystym głosem, w świetnie uporządkowanej wypowiedzi (marzenie redaktora!), dowcipnie opowiedziała, jak poznała Annę Radziwiłł.
Obdarzała "Gazetę" zaufaniem. To wielka rzadkość: dzwoniliśmy po opinię, a ona nie pytała, czy i kiedy coś się z tego ukaże. Wręcz sugerowała: wykorzystajcie to w swoich komentarzach, proszę. Nie jestem pewien, czy dostatecznie jej podziękowałem.
Zresztą jakoś nie wypadało, Irena by się żachnęła. Jej zależało na sprawie, na edukacji. Nie na polityce, nie na stanowisku, nie na popularności.
I za to była szanowana, kochana, lubiana, nawet przez związkowców, którzy chętnie wieszają psy na ministrach.
Wyszła z podziemnej "Solidarności" nauczycielskiej z wiarą, że szkoła w wolnej Polsce będzie mądra, że będzie sprzyjać rozwojowi dzieci i że uda się tak ją zreformować. Miała zasługi w tworzeniu szkół społecznych, ale potem skupiła się na oświacie publicznej.
Poprawiała edukację w Warszawie, w nowatorskim programie TERM wprowadzała najlepsze brytyjskie wzorce nadzoru pedagogicznego - z udziałem samych uczniów i rodziców.
Bez niej wielkiej reformy końca wieku by nie było. Gimnazja, wychuchane dziecko wiceminister Dzierzgowskiej, najpierw krytykowane jako zbyt rewolucyjny pomysł, przyjęły się w oświacie. Coraz wyraźniej widać, jaką energię wlały do edukacji.
To najbardziej nowatorskie, aktywne polskie szkoły. Dzięki nim edukacja ogólnokształcąca trwa dziewięć lat zamiast ośmiu w absurdalnie długiej podstawówce. Poprawiło to umiejętności polskich nastolatków, co widać w światowych badaniach.
Irena wiele razy bolała nad tym, że reforma została niedokończona, że skrócone o rok licea nie zostały zreformowane przez następców po rządach AWS-UW.
Gdy wyszła z polityki, udzielała się w życiu publicznym jako niezależny, powszechnie ceniony ekspert.
Rolę życia - kolejną - odegrała, gdy w 2006 r. nadeszła katastrofa w osobie ministra Romana Giertycha i jego wice Mariana Orzechowskiego. Czas niebezpiecznych dyletantów stawiających na posłuszeństwo, źle rozumiane tradycje i podszyty nacjonalizmem patriotyzm, zwalczających różnorodność z pogwałceniem tolerancji.
Dla Ireny, zakochanej w demokracji i ufającej w ludzkie możliwości, to było nie do przyjęcia.
Uruchomiła niezależną instytucję "Monitor edukacji" i dzielnie prowadziła go razem z córką Anną, która odziedziczyła po mamie rozum i społeczny temperament. "Monitor" łoił wszystkie głupoty Giertycha.
Pewnego dnia przyszły do nas z Anną z pomysłem, by zorganizować plebiscyt na "Giertycha roku" - największy dziwoląg edukacyjny lidera
LPR. Zachwyciliśmy się, odzew czytelników też był ogromny. Warto przypomnieć: zwyciężyły świadectwa dojrzałości za niezdaną maturę o włos przed zakwestionowaniem teorii ewolucji. Śmiech pokonał głupotę.
A przy tym wszystkim w publicznych dyskusjach - także siedząc naprzeciw Giertycha - nie okazywała mu pogardy. Tylko tym niezapomnianym głosem powtarzała: "panie ministrze" i zbijała jego argumenty, jeden za drugim.
Nie wiem, czy w niebie prowadzi się jakieś szkoły. Ale jeżeli tak, to niebieskie szkolnictwo czekają rychłe zmiany, może nawet solidna reforma.
Powodzenia, Ireno.