Od wielu wieków kobiety służą mężczyznom za zwierciadła, posiadające tę magiczną i bardzo użyteczną moc, że odbijają postać męską w co najmniej dwukrotnym powiększeniu. (...) Wyjaśnia to, przynajmniej częściowo, dlaczego kobiety są mężczyznom tak bardzo niezbędne.
Virginia Woolf
Świat zamyka nas w pułapce roli, którą gramy, i bardzo trudno jest zachować czujność, zbudować dystans pomiędzy obrazem nas widzianych z zewnątrz i tym, kim jesteśmy w istocie.
James Baldwin
Kobiety utalentowane, aspirujące lub niespełnione artystki chyba najczęściej skarżą się na to, że nie potrafią nic dokończyć. Częściowo pewnie dlatego, że skończyć pracę znaczy poddać się osądowi - ale również dlatego, że kończenie tego, co się robi, jest oznaką dorosłości. I, co ważniejsze, może oznaczać potencjalny sukces. A sukces dla kobiet zawsze jest po trosze porażką.
Erica Jong
Zaczęłam od cytatów z trójki wybitnych pisarzy, bo to mi dodaje odwagi i pewności siebie. Często tak robię, chociaż wiem, że to typowe kobiece zachowanie świadczące o braku odwagi i pewności siebie. Zamiast walić prosto z mostu, dając do zrozumienia, że znamy się na rzeczy, robimy długie wstępy, podpieramy się cudzym autorytetem, co gorsza - rytualnie negujemy własny. Z badań językoznawców zajmujących się dynamiką rozmowy wynika, że kobiety dużo częściej niż mężczyźni szukają u rozmówcy akceptacji, potwierdzenia, aprobaty. Pozwalamy sobie przerywać; potakujemy; podważamy wagę własnych słów; podrzucamy uprzejmie wątki rozmowy, które odpowiadają drugiej stronie. Wtrącamy: 'Nieprawdaż?', 'Nie wiem, ale ', 'Rozumiesz?' (a po angielsku tzw. tag questions: 'Isn't it?', 'Don't you?'). Mówimy w ten sposób nie dlatego, że jesteśmy takie empatyczne i kontaktowe. To zachowania językowe typowe dla osób w sytuacji podporządkowania. Podobnie mówi podwładny do szefa, uczeń do nauczyciela, członek dyskryminowanej mniejszości do członka większości. Ktoś, kto zakłada, że jego słowa są mało warte, a sam fakt, iż ma coś do powiedzenia, nie gwarantuje uwagi rozmówcy. Bezwiednie wchodzimy w rolę lustra dla męskiego JA, o którym we 'Własnym pokoju' pisała Woolf.
Sabotażystki własnej sprawy
Zjawiska językowe są barometrem czegoś szerszego i głębszego. Naszego przekonania, że jesteśmy mniej ważne. Że naszą rolą jest dbanie o cudzy autorytet, a nie budowanie własnego. Od lat te niższościowe zachowania obserwuję u moich studentek. Czasem mam wrażenie, że sabotują własny sukces, uciekają przed nim w przeciętność. Mówią za cicho i za szybko. Zaczynają świetnie przygotowane referaty od przeprosin: 'To tylko praca w toku ', 'To się na pewno nie spodoba ', 'Nie znam się na tym, ale '. Jeśli podzielę grupę na mniejsze zespoły, prosząc, by każdy z nich wybrał sobie przedstawiciela, mogę być niemal pewna, że dziewczyny wybiorą kolegów - nawet słabszych od siebie. A koledzy chętnie się godzą. Dlaczego nie kończą niemal gotowych, świetnie zapowiadających się prac? Albo kończą, bronią, ale mimo zachęt zacinają się na następnym etapie - już-już mają je oddać do druku, ale wycofują się, znikają, jakby się bały zobaczyć efekt własnej pracy. Czy rację ma Erika Jong, że owo kobiece niekończenie to przejaw lęku przed dorosłością? Moje studentki czytają ten tekst ('Artystka jako gospodyni domowa') i kiwają głowami: tak, to o nich. O nas.
Bywa, że wybitnie zdolna dziewczyna w ostatniej chwili rezygnuje z ubiegania się o fantastyczne stypendium. Mówi: 'To nie dla mnie, nie przyjmą mnie. A jeśli przyjmą boję się, że nie dam rady'. Właśnie dostałam e-mail od pewnej młodej kobiety, która martwi się - tak, martwi! - że dostała się na wymarzone studia doktoranckie w Stanach. A raz usłyszałam szczerą i samoświadomą odpowiedź: 'Wiem, że jestem zdolna, mam wielką chęć spróbować, ale boję się reakcji chłopaka i rodziny'.
Patrzę na te ich zmagania, na rozdarcie między ambicją a tym, co uważają za 'kobiecość', i wiem, że to nie są osobiste dylematy Kaśki, Oli czy Agaty. To są skutki uboczne bycia inteligentną, ambitną kobietą w społeczeństwie, które ambicję uważa za niekobiecą, a na inteligencję nam co prawda pozwala, ale pod warunkiem że mamy też inne, bardziej kobiece zalety. Osiągając sukces, mężczyzna podkreśla i podbudowuje swoją męską tożsamość. Robiąca dokładnie to samo kobieta stawia swoją kobiecość pod znakiem zapytania. Kobiecość jest od wieków definiowana jako uległość, łagodność, opiekuńczość, nadmierna emocjonalność, a zatem - powiedzmy to sobie otwarcie - jako przeciwieństwo sukcesu zawodowego, o który trzeba rywalizować, wierząc w siebie, stawiając sobie cele i wymagania. Sukces to niemal zawsze władza. A my boimy się, że władza nas 'odkobieci'. Żyjemy w patriarchalnym społeczeństwie i obawiam się, że w jakimś stopniu wszystkie - nie wyłączając feministek - mamy po trosze patriarchat w głowach.
Lęk przed sukcesem
Tu znów podeprę się cudzym autorytetem. Opowiem o dwóch eksperymentach z psychologii społecznej. Pierwszy dotyczy tzw. lęku kobiet przed sukcesem. Wielokrotnie powtarzany i modyfikowany po raz pierwszy odbył się w latach 60. Marina Horner, badaczka mechanizmów psychologicznych, które decydują o motywacji i osiągnięciach w pracy, poprosiła studentów i studentki (w sumie 178 osób), by dokończyli opowiadanie dotyczące postaci ich własnej płci, która studiując medycynę, odnosi sukcesy w nauce. Młodzi mężczyźni pisali o zdolnym i pracowitym Johnie, dziewczęta wieszczyły przyszłość zdolnej i pracowitej Anne. Historie o Johnie w 90 proc. kończyły się szczęśliwie - był wybitnym specjalistą, miał kochającą rodzinę, dużo zarabiał, pomagał ludziom. Tymczasem w 65 proc. kobiety widziały przyszłość swojej bohaterki w mrocznych barwach - rezygnowała ze studiów, była samotna albo rzucała wszystko, by wspierać karierę narzeczonego, i zakładała rodzinę, by potem żałować utraconych marzeń. Wniosek Horner? Kobiety na samą myśl o sukcesie przeżywają negatywne emocje, lęki, niepokoje. Badaczka nazwała to 'kobiecym lękiem przed sukcesem'.
W kolejnych latach wprowadzano rozmaite zmiany do procedury Horner - porównywano np. reakcje w przypadku rywalizacji z mężczyznami i w czysto kobiecych kontekstach; badano wpływ obecności chłopaka w życiu Anne itp. Wyniki bywały różne - sugerowano na przykład, że kobiety boją się sukcesu słusznie: to racjonalna reakcja na to, że bywamy za sukces karane. Tak czy owak odkrycie Horner pozostaje w mocy: istnieje napięcie, a nawet sprzeczność między kulturowym wizerunkiem 'kobiety szczęśliwej' i 'kobiety sukcesu'. Zestaw kobiecość i kariera - częściej niż męskość i kariera - budzi niepokój, ambiwalencję. Na pocieszenie dodam, że sama Horner, będąc szczęśliwą matką trójki dzieci, zrobiła błyskotliwą karierę akademicką na Harvardzie i przyczyniła się znacznie do wprowadzania równości płci na amerykańskich uczelniach.
Drugi eksperyment - przeprowadzony w latach 90. przez zespół psychologii Claude'a Steele'a z Uniwersytetu Stanforda - dotyczy 'wrażliwości na stereotypizację'. Chodzi o wpływ negatywnych sądów dotyczących własnej grupy na wyniki testów standardowych. W największym skrócie rzecz polega na tym, że każe się ludziom rozwiązywać testy (IQ, a także matematyczne), sugerując im (lub nie), że celem jest sprawdzenie umiejętności grupy, której są członkami. Wyniki różnią się dramatycznie. Steele odnotował kilkunastoprocentowy spadek wyników testu, jeśli danej grupie (np. kobietom lub Afroamerykanom - skądinąd wybitnie uzdolnionym) na początku ogłoszono, że testuje się ich jako kobiety lub jako Afroamerykanów. Wystarczyło, że testowani musieli wypełnić rubrykę 'płeć' lub 'rasa'. W grupach kontrolnych, gdzie nie uruchamiano w ten sposób uwewnętrznionych stereotypów, wyniki były odpowiednio wyższe. Co ciekawe, udało się też obniżyć motywację białych mężczyzn, oznajmiając im na wstępie, że ich wyniki będą porównane z wynikami osób pochodzenia azjatyckiego (Azjatom powszechnie przypisuje się talent matematyczny).
Błędne koło, czyli jak zostałam humanistką
Opis eksperymentu Steele'a przywołał w mojej pamięci pana od matematyki, który wypisując na tablicy zadanie, mówił ironicznie: 'Ciekawe, czy któraś z dziewcząt sobie z tym poradzi!'. Nie radziłyśmy sobie, siedziałyśmy sztywne ze strachu, z wyłączonymi mózgami. Latami wysilałam swój umysł - humanistyczny, a jakże, wszak wszystkie dziewczyny to humanistki! - by uniknąć matni zwanej 'matmą'. Stereotypy to nie są po prostu błędne przekonania na czyjś temat, fałszywe sądy, które można obnażyć i obalić. One są dużo sprytniejsze - działają jak samospełniające się przepowiednie. Kobiety podobnie jak osoby należące do rozmaitych mniejszości uważanych za inne, gorsze, z natury mniej ambitne uwewnętrzniają powszechne przekonania o tym, 'jakie są kobiety'. A potem pozwalamy, by te przekonania sterowały naszym życiem. Do dziś budzę się czasem przerażona snem, w którym muszę jednak zdać maturę z matematyki. Bo feminizm feminizmem, ale jako kobieta wiem, że nie mam głowy do liczb. I nie mówcie mi, że jest inaczej - i tak nie uwierzę. Błędne koło trudno przerwać, nie od parady jest błędne. Skoro wierzysz, że kobiety są z natury mniej ambitne, to sama łatwo zrezygnujesz z ambicji. Skoro sukces jest nie dla kobiet, a nawet nas unieszczęśliwia, to po co się starać, po co zarywać noce - łatwiej zrezygnować z sukcesu, który i tak 'nie jest dla mnie'. Im więcej kobiet tak postępuje, tym powszechniejsze przekonanie o naturalności takich zachowań - i koło się zamyka.
Grzeczności dla gości
Kobiety, którym się w życiu zawodowym powiodło, często publicznie za ten sukces przepraszają. Dając do zrozumienia, że jest on, po pierwsze, przypadkowy, a po drugie, zupełnie dla nich nieistotny. A jeśli nie przepraszamy, to możemy być niemal pewne, że ktoś przeprosi za nas. Po obronie doktoratu - jak sądziłam, błyskotliwym początku kariery akademickiej - podszedł do mnie pewien zaprzyjaźniony profesor i z szarmanckim uśmiechem oznajmił: 'Pani Agnieszko, doktorat doktoratem, ale jak pani dziś pięknie wygląda!'. Tego akurat tego dnia, po ośmiu latach wysiadywania po bibliotekach, komplement zadziałał na mnie jak zimny prysznic. Występowałam przed komisją jako obdarzony pewnym talentem i wyposażony w wiedzę odcieleśniony umysł, nowy członek akademickiej wspólnoty. I oto przedstawiciel starszyzny tejże wspólnoty, za nic mając moje uniwersalistyczne mrzonki, potraktował mnie jako 'panią Agnieszkę' - osobę, czy może raczej osóbkę, którą ocenia się za wygląd. Ja nie zamierzałam przepraszać za swój sukces ale on zareagował tak, jakbym przeprosiła, i dał do zrozumienia, że mi ten nietakt wybacza.
Jako kobiety jesteśmy kojarzone z prywatnością. Ze sferą uczuć, relacji, z opiekuńczością i wdziękiem - z podobaniem się (lub nie) mężczyznom. W sferze publicznej - w świecie prestiżu, autorytetu, hierarchii i władzy kim? No właśnie, kim? Intruzami? A może gośćmi? Tak, gośćmi. Takimi, którzy wprowadzili się tu niedawno i postanowili zostać na stałe. Gospodarze nawet na to przystali, ale nadal traktuje się nas jak gości. Prawi się nam komplementy, ale rzadko nas dopuszcza do prawdziwych tajemnic rodzinnych, mało kto daje też gościom dostęp do rodzinnego konta w banku Co gorsza, same siebie traktujemy jak gości. Przepraszamy, staramy się nie zostawiać po sobie śladów, nie hałasować, nie wchodzić w drogę gospodarzom. Zachowujemy się grzecznie. O wiele za grzecznie jak na domowników. W świecie władzy, pieniędzy, rywalizacji i odpowiedzialności jesteśmy obecne od kilku pokoleń. Niby kawał czasu, ale z perspektywy historii ludzkości to przecież strasznie krótko. Kilka tygodni temu obchodziłyśmy 90-lecie przyznania kobietom praw wyborczych. Żądania naszych prababek sufrażystek uważano w 1918 roku za dziwactwo, fanaberię, w najlepszym wypadku - nagrodę dla kobiet za poświęcenie dla ojczyzny.
Źródło: Wysokie Obcasy