http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Antysemityzm nasz powszechny

Z profesor Hanną Świdą-Ziembą rozmawia Teresa Torańska
2009-03-03, ostatnia aktualizacja 2009-03-16 15:10

Dla naszych rządów wypędzenie ich było i jest sprawą obojętną. Bo dotyczy - obcych. Byli, wyjechali, gdzieś żyją, niech żyją, my ich nie potrzebujemy


Fot. Sławomir Kamiński / AG
SERWISY
- Muszę się do czegoś przyznać. W 1968 roku też chciałam wyjechać z Polski. Z radością bym wyjechała. A niechby - mówiłam - ci komuniści przeklęli także nas, jako kryptosyjonistów i również wyrzucili.

Zazdrościłam im, że mogą wyjechać i mają dokąd.

Nie mieli.

- Ale o tym nie wiedziałam.

Dla prof. Michała Głowińskiego te wyjazdy wydawały się moralnie dwuznaczne, dla innych były zdradą.

- A ja uważałam, że były nieprzyzwoitością. Wobec nas. I miałam do nich żal, że kiedy my skazani jesteśmy na pozostanie, oni nas opuszczają.

PRL zrobił się straszny. Pod względem klimatu, stanu materialnego, środowiskowego, po prostu nie do wytrzymania. Dla wszystkich.



Antysemicka, obrzydliwa propaganda była tylko jednym z elementów marcowej rzeczywistości. To, co się wtedy działo, odbierałam jak najazd barbarzyńców. Atak wymierzony w całą polską inteligencję, we wszystkich - jak nas niedawno nazwano - wykształciuchów. Skala nienawiści i łatwość, z jaką ją wyzwolono w społeczeństwie, były dla mnie szokiem. Chciało się wymiotować.

Była pani adiunktem na Wydziale Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

- Rozchorowałam się, dostałam strasznych bólów żołądka. Zwlekałam się z łóżka i szłam na zebrania.

Była pani "prowodyrem młodej kadry".

- Tak oceniali mnie marcowi hunwejbini. To byli ci, którzy - jak wtedy mówiono - przyłączyli się do Marca. Pisali donosy, biegali po uniwersytecie, spisywali, kto z kim rozmawia, i raportowali. Pojawiali się na zebraniach kadry naukowej, próbowali je rozbijać i nie dopuścić do uchwalania rezolucji potępiających bicie studentów i antysemicką propagandę. Później dostali za to stanowiska. Jeden z nich nazwał mnie hersztem i żądał wyrzucenia z wydziału.

Nic wielkiego nie robiłam. Po prostu byłam ze studentami. Na strajku okupacyjnym zostałam z nimi na noc, chodziłam na ich wiece do Auditorium Maximum, rozmawiałam. Ale nie tylko ja, był też z nimi Czesiek Czapów, Aldona Jawłowska.

Z uniwersytetów z wielkim hukiem wyrzucano profesorów. Byli profesorami mianowanymi dożywotnio i musiało ich wyrzucić Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego z podpisem ministra prof. Henryka Jabłońskiego. Nas - asystentów i adiunktów, zatrudnianych na kontrakty trzyletnie - można było wyrzucać bez rozgłosu. Najlepiej przez nieprzedłużenie kontraktu.

Każdy bał się zwolnienia. Zwalniano wszędzie. W fabrykach, szpitalach, ministerstwach, prasie. Moich studentów zamykano albo brano do wojska. Rozpuszczano plotki, że planuje się deglomerację Warszawy i będą nas wysiedlać. Nie wiadomo dokąd.

W Bieszczady.

- Gdzieś na pustkowie, z dala od miast.

I nagle władze zarządziły, że Żydzi mogą wyjeżdżać legalnie. Ogłoszono procedury wyjazdowe.

Miałam serdecznego przyjaciela, Pawła Wiercińskiego, już nie żyje. Zawsze bardzo dobrze się rozumieliśmy. Tragiczny życiorys. Jako dziecko wyrwał się z getta i uratował, a cała jego rodzina zginęła. Po wojnie skończył matematykę, pracował jako informatyk w Instytucie Maszyn Matematycznych, nie ożenił się. Zdecydował, że wyjeżdża do Francji. Próbował mi tłumaczyć dlaczego i ja jego decyzji nie rozumiałam.

  • 127 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':