Paweł T. Felis: Jak Danny Boyle znalazł cię w Londynie?
Dev Patel: W telewizji wypatrzyła mnie jego córka, grałem małą rolę w serialu. Na castingi w Indiach zgłaszali się wymuskani, umięśnieni przystojniacy - właśnie tacy aktorzy występują w bollywoodzkich filmach. Danny odrzucił wiele znanych nazwisk, bo chciał mieć w filmie przeciętniaka, loosera - kogoś, kto z łatwością mógłby zginąć w tłumie. Najwyraźniej pomogły mi moje odstające uszy i marne mięśnie.
Byłeś wcześniej w Bombaju?
- Nie. Jestem Brytyjczykiem azjatyckiego pochodzenia, ale w Indiach byłem tylko raz wiele lat temu - pojechaliśmy z rodzicami na ślub do naszej rodziny. Trochę się filmu bałem: slumsy oglądałem do tej pory w telewizorze, leżąc na wygodnej sofie. Czy to będzie uczciwe? Ale gdy po raz pierwszy znalazłem się w Bombaju, miałem wrażenie, jakby ktoś mną uderzył o ścianę. Nie da się opisać tej temperatury, zachowania ludzi, hałasu, zapachu - to jak odrębny wszechświat. Surrealistyczny, ale nie do końca mi obcy, jakbym już tu kiedyś był.
Danny od razu zaprowadził mnie do największych slumsów Dharavi, gdzie mieszkają dwa miliony osób. Wszystkie stereotypy okazały się nieprawdą: nie musisz bać się, że ktoś cię napadnie czy okradnie. Normalni ludzie i normalne dzieciaki, które bywają nieznośne, bo ciągle chcą się bawić. Pamiętam duży sklep ze słodyczami - w środku rozstawione były maszyny z flipperami, a przy nich nastolatki, które krzyczały zupełnie tak, jak krzyczą przy flipperach nastolatki z Londynu.
Freida Pinto: Pochodzę z Bombaju i slumsy znam od dziecka - nigdy tam nie mieszkałam, ale to część codziennego życia. Na każdym kroku spotykasz dzieci, które proszą o pieniądze albo próbują ci coś sprzedać. Kiedy dowiedziałam się, że zagram w filmie, zaczęłam im zadawać pytania. Jaka jest twoja rodzina? Czy myślisz o tym, żeby iść do szkoły? Gdzie się bawisz? Żyją inaczej, trudniej, ale mają takie same potrzeby i marzenia jak wszyscy.
W "Slumdogu" udaje się je bohaterowi spełnić. Bombaj z filmu to wizja reżysera czy wiarygodny portret miasta?
F.P.: Nie widziałam dotąd filmu, który pokazywałby Bombaj lepiej. Niemal wszystkie filmy, które powstały tu w ostatnich latach, opowiadają o gangsterach: to już nudne! „Slumdog” pokazuje coś innego: zwykłe dzieciaki, które dorastają i wciąż nie przestają wierzyć, że im się uda. Zachwyciło mnie, że Danny Boyle nie chciał budować planu zdjęciowego, ale szedł z kamerą do autentycznych slumsów czy na stację kolejową, a nie zawsze są to przyjemne miejsca do odwiedzania.
D.P.: Te miejsca są jak labirynt - masz wrażenie, że nikt nad tym nie panuje. Z dzieciakami, które grały w filmie i znały slumsy na wylot, często uciekaliśmy z planu i chowaliśmy się na dachach. Albo na jakimś dziwnym polu pełnym starych mebli graliśmy w piłkę. Nikt nie mógł nas tam znaleźć.
F.P.: Wiele scen kręciliśmy na ulicach, wśród mieszkańców, na dworcu. Doskonale znam to miejsce, jeździłam stąd codziennie do college'u, pamiętałam nawet rozkład: jeśli się chwilę spóźnisz, nie zdążysz wsiąść. Do dziś nie wierzę, że naprawdę udało nam się te sceny nakręcić.
D.P.: Pamiętam, że przychodzili ludzie z drugim śniadaniem i podbiegali bliżej z nadzieją, że zobaczą jakieś bollywoodzkie gwiazdy. A tu rozczarowanie, bo jest tylko chudy chłopak z Anglii, który mówi w hindi ledwie parę słów.
A ostatnia, bollywoodzka scena tańca?
F.P.: Prawdziwa frajda! Przynajmniej dla mnie. A dla ciebie?
D.P.: Nie! (śmiech) Jestem niezdarny i zawsze wydaje mi się, że moje ręce mi uciekają, są zbyt daleko od głowy. Kiedy przeczytałem scenariusz, byłem pewien, że to tylko metafora: spotykają się na stacji kolejowej i zaczynają tańczyć. Ale zostałem zmuszony - trzy dni lekcji tańca! Męczarnia, a musisz udawać, że fantastycznie się bawisz. Nigdy więcej!
F.P.: Dla mnie było to całkowicie naturalne. W Indiach ludzie bawią się, tańczą, śpiewają z najbardziej błahych powodów - wystarczy, że ktoś włączy bollywoodzki przebój i nagle cała ulica zaczyna falować. Mówiłam Danny'emu, że bez tej sceny czegoś ważnego by w filmie zabrakło.
Źródło: Gazeta Wyborcza